Człowiek za burtą!

Brytyjski poeta metafizyczny John Donne, powtórzony przez Ernesta Hemingwaya, któremu zresztą często przypisuje się ten cytat, pisał, że żaden człowiek nie jest samoistną wyspą i każdy stanowi ...
"Sea of Solitude: The Directors Cut" - recenzja
Brytyjski poeta metafizyczny John Donne, powtórzony przez Ernesta Hemingwaya, któremu zresztą często przypisuje się ten cytat, pisał, że żaden człowiek nie jest samoistną wyspą i każdy stanowi część lądu. Słowa te wydają się pasować idealnie do treści "Sea of Solitude", a i już nawet sam tytuł dość konkretnie określa klimat, z jakim się zetkniemy.



A jako że gra po niecałych dwóch latach od swojej premiery trafia na Switcha – który, jeśli złapać go do łapy i podpiąć słuchawki, potrafi wygenerować doświadczenie niemalże pustelnicze, dodatkowo skracając dystans między graczem a dziełem – wywoływane przez nią emocje mogą być jeszcze mocniejsze.

Niezależne studio Jo-Mei Games, trafiając swojego czasu pod opiekuńcze skrzydła programu wydawniczego dla niezależnych firm, sygnowanego przez Electronic Arts (aczkolwiek wersję na konsolę Nintendo wypuścił nie kto inny jak Quantic Dreams), otrzymało niemałą szansę wypłynięcia na, nomen omen, szerokie wody. I choć wykorzystało ją na tyle, że o "Sea of Solitude" usłyszeli ci, którzy inaczej nigdy by na ten tytuł nie trafili, to jednak gra zebrała mieszane recenzje. Ale Jo-Mei nie próżnowali przez ostatnie dwa lata i port na Switcha jest dzięki temu czymś więcej niż tylko portem na Switcha.



Nie na darmo do tytułu dopisano "Director’s Cut", lecz trzeba przyznać uczciwie: zmiany są kosmetyczne. Dotyczą głównie kwestii dialogowych, które zostały zarejestrowane na nowo, pogmerano trochę przy scenariuszu, dodano też tryb fotograficzny, słowem nic, co by zachęciło posiadacza oryginału, żeby raz jeszcze wydać kasę.

Nie oznacza to bynajmniej, że mamy do czynienia z tytułem słabym. Przeciwnie, jeśli wcześniej się z nim nie zetknęliście, a Switch głodny jest nowości, to te trzy godzinki potrzebne na ukończenie gry zlecą jak z bicza strzelił. Bo choć nie jest to rzecz idealna, to jednak zajmująca, a do tego wygląda świetnie nawet bez podpięcia do stacji dokującej, na niewielkim ekraniku konsoli. Pastelowy styl graficzny, wykorzystujący cel-shading, czyli rendering imitujący styl odręcznego rysunku, kojarzyć się może z animacjami z azjatyckim sznytem, choć już sam sposób poprowadzenia opowieści jest typowo zachodni.



Bohaterka, czerwonooka Kay, jakby pozlepiana z kłębów sadzy, eksploruje zatopione miasteczko; raz na łodzi, gdzie zwykle jest bezpieczna, a raz pieszo, skacząc po dachach lub przemierzając nieprzyjazne wody kraulem. Tam, gdzie nie sięga światło, pod powierzchnią krąży czarne monstrum polujące na Kay. Dziewczyna musi oświetlać kolejne kwartały miasteczka, a przy tym pozbierać porozrzucane fragmenty swoich myśli i zmartwień.

Nietrudno się domyślić już po kwadransie, że "Sea of Solitude" dotyka tematu depresji i potrzeby poukładania sobie pewnych rzeczy, uporządkowania niedomkniętych refleksji na temat swój i bliskich, swoistej autoterapii i psychologicznej analizy. Operowanie metaforami wychodzi twórcom lepiej niż dosłowność, ale ta wymuszona jest przez samą zręcznościową rozgrywkę. Bo prócz ucieczki przed rzeczonym potworem i odmykania bram, abyśmy mogli przepłynąć dalej, każdy rozdział oferuje sekwencję nieco bardziej dynamiczną, choć mechaniki pozostają bez zmian.



Kay posiada moc wystrzeliwania flar, które pokazują jej dalszą drogę i bywają również narzędziem defensywnym. I jest to praktycznie jedyna rzecz, którą będziemy operować przez całą grę, przez co, mimo jej krótkości, prędko przesącza się znużenie. Powtarzalność i brak różnorodności jest największym minusem "Sea of Solitude". Mimo niezłego scenariusza i atrakcyjnie zaprojektowanego świata i postaci, nie ma tutaj nic do roboty poza ganianiem za wypuszczonymi przez nas flarami i odhaczaniu kolejnych, podobnych do siebie zadań. Całe szczęście gra jest na tyle spójna i zbita, że siłą rozpędu przejdziemy ją od początku do końca.

Cóż, każdy sposób jest dobry.
1 10
Moja ocena:
7
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Udostępnij:
"Sea of Solitude" to dobra gra, którą polecam przede wszystkim miłośnikom ciekawych historii stojących ponad rozgrywką. Może to być także świetny wybór dla graczy, którzy ... więcej
zdaniem społeczności pomocna w: 50%