Po pierwsze przeżyć

Bankowo znacie te wszystkie psychotesty i quizowe zapytania, co byście zabrali na bezludną wyspę. A tymczasem okazuje się, że obojętne, co spakujecie do swojego kryzysowego plecaczka, to i tak są ...
"The Survivalists" - recenzja
Bankowo znacie te wszystkie psychotesty i quizowe zapytania, co byście zabrali na bezludną wyspę. A tymczasem okazuje się, że obojętne, co spakujecie do swojego kryzysowego plecaczka, to i tak są to tylko zwyczajnie niepotrzebne graty. Na miejscu sami bowiem sklecicie to, co trzeba. Ba, nawet lepiej – urządzicie się jak królowe i królowie bez kredytu i kieratu pod szefem-sadystą. Niby od czasu do czasu trzeba będzie odeprzeć najazd lotnej łupieżczej brygady brzydali i przegnać złaknione naszej krwi nietoperze, ale od czego ma się armię wiernych małp?



Brzmi zapewne jak nie lada szaleństwo, lecz faktycznie nowy tytuł od bez mała legendarnego już studia Team 17 oferuje masę atrakcji, zderzając błogą sielankowość wynikającą z (co prawda przymusowego) porzucenia cywilizowanego życia na rzecz tropikalnej wyspy oraz konieczność toczenia ciągłego boju o swoje. Pierwsze, spokojne chwile z "The Survivalists" potrafią uśpić czujność, bo po przybiciu do brzegu na resztkach tratwy gra daje nam chwilę oddechu, abyśmy złapali za kamień, obalili kilka palm i nazrywali trawy pod posłanko. Lecz wystarczy nam zapuścić się nieco dalej, aby natknąć się na niebezpieczeństwa czające się z dala od plaży.



Czasem nawet żałowałem, że nie chodzi tylko i wyłącznie o plątanie się po wyspie i klecenie coraz to nowych konstrukcji, ale nie ma tego złego. Gra zbilansowana jest znakomicie i jeśli nie chcemy za bardzo angażować się w te wszystkie batalie z atakującymi nas orkami i jesteśmy gotowi przyjąć na klatę grabieże i zniszczenia, a podczas spotkań z dzikimi zwierzętami brać nogi za pas, można skupić się na stukaniu młoteczkiem. Swoboda to główna zaleta tej pozycji.

Proceduralnie generowana wyspa, a potem, gdy już sklecimy sobie żagiel, to nawet i wyspy, jest plastyczna do tego stopnia, że na surowce możemy przerobić praktycznie wszystko, co widzimy na ekranie. Innymi słowy, zbieramy, ścinamy, rozbijamy i zrywamy, co tylko chcemy. Ogranicza nas tylko niezbyt pojemna kieszeń (na szczęście dość prędko można sobie zbić przenośny kuferek z desek). Pasek na dole ekranu wyświetla nam, prócz, standardowo, energii oraz wytrzymałości, dostępne sloty z przedmiotami. Nawigacja między nimi nie należy, przynajmniej na przenośnym Switchu, do najbardziej intuicyjnych. Częstokroć dziwiłem się, czemu nie macham mieczykiem i zbieram po głowie, a podświetlony miałem kwadracik z drewnem czy kamieniami.

O niebo lepiej byłoby podpiąć przycisk odpowiedzialny wyłącznie za ciosy, czy to młotkiem, czy to kijem, tak jak mamy oddzielny na uniki. I nie jest to jedyny UX-owy problem "The Survivalists", bo drzewko z planami pozwalającymi konstruować kolejne rzeczy odkrywa przed nami swoje tajemnice zbyt małymi kroczkami i zdarza się budować na czuja, nie mając pojęcia, do czego doprowadzi nas akurat ta gałąź. A może się okazać, że do rzeczy zupełnie nam nieprzydatnej.



Naniesione jednak na rozliczne zalety gry są to problemy stosunkowo drobne, do których idzie przywyknąć. Zdecydowanie lepiej zająć się tym, co "The Survivalists" oferują. Niby już sam tytuł zdradza, czego się spodziewać, czyli urządzania się na bezludnej wyspie od prostego szałasu do rozległej posiadłości godnej południowoamerykańskiego narkotykowego barona. Lecz, choć mechaniki są szalenie proste, a świat atrakcyjny – pełen nie tylko leśnych gąszczy, ale i strzeżonych przez dziwadła świątyń oraz jaskiń kryjących i skarby, i niebezpieczeństwa – nie wszystko idzie jak po maśle. I tu przychodzą nam z pomocą… małpy.

Przyjazne i łatwe do zjednania – bo wystarczy rzucić im coś do jedzenia, aby przysięgły nam przyjaźń do grobowej deski – wykonują polecenia i naśladują nasze ruchy, czyli możemy szkolić zbieraczy, budowniczych i żołnierzy, aby dać łupnia napastnikom. Uatrakcyjnia to rozgrywkę i rozwija myślenie strategiczne, każe planować działania całej małpiej społeczności, nie tylko swoje.



Godziny spędzane na „naszej” wyspie mijają błyskawicznie, gra zastawia mocne sidła i nie chce puścić. Gdzie nie pójdziemy, tam coś się kryje, nie zawsze dobrego. Prace przy obozowisku nie noszą znamion mozołu, a uczucie satysfakcji wynikające z progresu jest sycące na tyle, że niejaka powtarzalność wynikająca z samego charakteru gatunku survivalowego nie męczy i nie nuży. Oto gra idealna dla tych, którzy chcą choć kawałeczek tego paskudnego roku spędzić daleko stąd.
1 10
Moja ocena:
8
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
33% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (3 głosy).
Udostępnij: