Ostatnia wojna światowa

Na tle tych wszystkich cynicznych opowieści apokaliptycznych ładującym nam do łba, że najgroźniejszym wrogiem jest drugi człowiek, sztandarowy hit studia Saber Interactive wydaje się niemalże ...
"World War Z: Aftermath" - recenzja
Na tle tych wszystkich cynicznych opowieści apokaliptycznych ładującym nam do łba, że najgroźniejszym wrogiem jest drugi człowiek, sztandarowy hit studia Saber Interactive wydaje się niemalże optymistyczny. Ludzie bowiem jednoczą się bez żadnego "ale", pomagając sobie wzajemnie przetrwać pandemię zombie. Obok siebie, ze spluwami gotowymi do strzału, z dłońmi zaciśniętymi na rękojeściach maczet, stają dziarsko: pielęgniarka, motorniczy, prawniczka i dziennikarz, zjednoczeni słusznym celem. Ładny obrazek.



Nic w tym dziwnego, skoro mowa o kooperacyjnej strzelance, ale jednak miło móc sobie postrzelać bez myśli, że ktoś już czeka za naszymi plecami z nożem uniesionym do ciosu. Stąd trudno mi myśleć o "World War Z: Aftermath" jako o niepokojącym survival horrorze, to raczej pozytywistyczne przerzucanie gruzu pod nowy fundament. Zostawiając jednak podobne refleksje i toporne metafory, trzeba powiedzieć, że Saber Interactive ma na czym budować, bo pierwotna wersja gry, której nowy tytuł jest rozwinięciem, mimo cokolwiek letniego przyjęcia, może się pochwalić piętnastoma milionami graczy. A omawiany tytuł, będący jednocześnie swoistym dodatkiem i upgrade’em oryginału, to nic innego jak sztuczka mająca na celu zainteresować na powrót tych, którym już się znudziło, oraz przyciągnąć niezdecydowanych. Bo przyznaję bez bicia: do tej pory nie chciało mi się nawet zassać podstawki z Game Passa i trochę żałuję.



Sztuczka to bowiem udana, gdyż świat wywiedziony z książki Maxa Brooksa i spopularyzowany przez niezbyt dobry film z Bradem Pittem jest świetnie skonstruowany. Do tego całkiem niezłe opakowanie fabularne udanie markuje głębię, choć wszystko sprowadza się tutaj przecież do dotarcia z jednego punktu do drugiego. Kampania, którą można rozgrywać z botami (dość kumatymi), ze znajomymi albo z randomowymi graczami z netu, podzielona jest na niepowiązane ze sobą rozdziały, których bohaterami są ocalali z różnych stron świata. Od samego początku można wybrać dowolną misję, z których każda opowiada krótką historyjkę z happy endem.



Prócz obecnych poprzednio lokacji, możemy odwiedzić także Rzym oraz Kamczatkę (można tam nawet zamarznąć!), i, tak jak wszystkie pozostałe, są to również znakomicie zaprojektowane poziomy, gdzie strzelanie to czysta przyjemność. Zresztą niewiele więcej jest tu do roboty, bo eksploracja praktycznie nie istnieje, a to, czego potrzebujemy, podsuwa się nam zazwyczaj pod nos. Przydzielane graczom zadania ograniczają się do naciśnięcia przycisku, przejścia z miejsca na miejsce, przyniesienia czegoś i osłaniania innych. Lecz esencją każdego poziomu pozostają bitwy z hordami zombie, do których czynimy uprzednie przygotowania, czyli zajmujemy stanowisko, rozkładamy druty kolczaste i automatyczne wieżyczki, uzupełniamy amunicję.



Twórcy gry chwalą się, że ich silnik pociągnie aż tysiąc wrażych postaci i choć ich nie liczyłem, to na Xboxie Series X prowadziłem epickie batalie i gra nie przycięła się ni razu. Sceny, kiedy lecą na nas setki zombie, gramoląc się jeden drugiemu po plecach – do tego trupy nie są powycinane od jednego szablonu, mają przeróżne gabaryty i skórki – robią robotę. Za to różnice między wybranymi przez nas postaciami są żadne, liczy się klasa. Mamy nieźle zbalansowanego żołnierza, przez medyka i eksperta od eksplozji, aż do nowej specjalizacji, tarczownika, który jak taran ścina zastępy wroga. Każda wykonana misja to zebrane punkty doświadczenia, za które odblokowujemy kolejne charakterystyczne dla danej klasy umiejętności, a tych jest sporo i potrafią zmienić oblicze rozgrywki, modyfikując, na przykład, szybkość przeładowania broni albo zadawane obrażenia. Ale bodaj najważniejsza nowość to tryb pierwszoosobowy, który udanie odświeża rozgrywkę i jest, choć to zasadniczo kwestia indywidualna, wygodniejszy niż domyślny trzecioosobowy. Nie rozumiem tylko, czemu nie da się przełączać dynamicznie między tymi dwoma perspektywami, tylko trzeba przerwać trwającą rozgrywkę i zrobić to z poziomu menu.

Nawet przy tej mnogości zmiennych i atrakcyjności samej rozgrywki, prostej, acz satysfakcjonującej, gra prędko robi się nużąca z uwagi na zachowawczość oklepanych rozwiązań i powtarzalność, bo ileż można przetrzebiać te trupy? Niby czasem napotkamy mocniejszego zombie, odzianego w policyjne wyposażenie bojowe albo laboratoryjny kombinezon ochronny (i roztaczającego trujący gaz), oraz irytujące szczury, które są świeżym dodatkiem w recenzowanej wersji, ale dłuższe sesje przy konsoli przyprawiały mnie o senność. Nadal fajnie jest móc odpalić sobie jakiś rozdział, którego przejście zajmuje może ze dwadzieścia minut, ale trudno zapuścić w tym świecie korzenie. Choć z drugiej strony, czy piętnaście milionów graczy może się mylić?
1 10
Moja ocena:
7
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
40% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).