Recenzja gry

Xenoblade Chronicles (2010)
Tetsuya Takahashi
Ko Kojima
Adam Howden

Przeszłość jest teraz

Klasyk mawiał, że nostalgia wygładza krawędzie wspomnień. W tym przypadku, wygładza je dosłownie. "Xenoblade Chronicles" ujrzało światło dzienne przed dekadą, było pożegnalnym upominkiem dla ...
Recenzujemy "Xenoblade Chronicles: Definitive Edition"
Klasyk mawiał, że nostalgia wygładza krawędzie wspomnień. W tym przypadku, wygładza je dosłownie. "Xenoblade Chronicles" ujrzało światło dzienne przed dekadą, było pożegnalnym upominkiem dla właścicieli konsoli Wii - pierwszą i zarazem ostatnią grą jRPG na styku szacownej tradycji oraz raczkującej nowoczesności. Dziś, kiedy renesans gatunku przyniósł kilka perełek awangardy, remaster rzeczonej gry przypomina owada uwięzionego w bursztynie. To pięknie wyszlifowany bursztyn, ząbki na krawędziach zastąpiono gładkimi liniami, zaś ostre rysy twarzy - łagodną, mangową ekspresją. I jak to z podobnymi reliktami przeszłości bywa, spoglądając nań, możemy się sporo nauczyć. 



Sierota predestynowany do wielkości? Obecny! Oręż rozpruwający czas i przestrzeń? Jest! Świat rozorany wielkim konfliktem? Jak najbardziej! Banda outsiderów sformatowana według radzieckiej metody typażu? Proste! Twórcy "Xenoblade Chronicles" korzystają z fabularnych schematów tak, jakby wyryto je na mojżeszowych tablicach. Ale ponieważ mówimy o Nintendo (a konkretniej - o odkupionym od Namco studiu Monolith Soft), wiemy dobrze, że kluczowym pytaniem nie jest „co?”, tylko „jak?”. Cierpliwość to opłacalna cnota - fabularne mięsko smaży się na wolnym ogniu, ale gdy już dojdzie, najemy się za dwóch. Zbiorowa pamięć, przepisywanie historii, konflikt natury i technologii, tożsamość społeczna - scenarzyści mają czas i miejsce, by zbudować wokół tych wątków coś więcej niż pospieszną anegdotę. Zaklinają klasyczną narrację o sile i odpowiedzialności w grze pączkującej przez całe sto godzin. Choć trzeba uczciwie przyznać, że sama metaforyka zderzenia duchowości oraz metafizyki ze szkiełkiem i okiem do subtelnych nie należy. Dość powiedzieć, że akcja rozgrywa się na skamieniałych i splecionych w wiecznym boju tytanach - podczas gdy jeden jest antropomorficzną reprezentacją Matki Ziemi, drugi trzyma w swoich mechanicznych trzewiach całe plugawstwo świata. 



Owo stylistyczne rozdanie ma oczywiście swój świetlisty awers - świat gry to zróżnicowana geograficznie i estetycznie kraina, którą będziemy odkrywać bez kłopotliwego balastu w postaci konkretnych oczekiwań. Pierwsze godziny z "Xenoblade Chronicles" przypominają dziewiczą podróż na obczyznę - ekscytacja obcą kulturą i zachwyt nad architekturą regionu idzie w parze z przytłaczającym poczuciem zagubienia. Zamienianie tegoż chaosu w porządek nie jest przyjemną czynnością, lecz z czasem przynosi satysfakcję porównywalną z ubiciem wyjątkowo wrednego bossa, czy pogłębieniem więzi z naszymi towarzyszami niedoli. Gdy po wizycie w pierwszym mieście, ilość zadań pobocznych pójdzie w dziesiątki, zrozumiecie, że ten symulator wybrańca - czytaj: faceta, który oferuje palec i zazwyczaj traci rękę - wymaga delikatnej korekcji optyki. Przez ostatnie lata mieliśmy questy dojrzalsze, lepiej napisane, lepiej budujące fabularny kontekst. Ale niewiele było tak dynamicznych, kipiących życiem światów, w których zwykła interakcje z przechodniami oraz pokusa położenia łap na nowej błyskotce, kawałku zbroi, czy nowym mieczu, stawałaby się automatycznie narracyjnym paliwem. 



Oczywiście, nie samym zbieractwem człowiek żyje. Gdy wreszcie przyjdzie nam rozzłościć przedstawiciela lokalnej fauny, bezlitosnego marudera, albo krwiożerczą maszynę, gra rozwija skrzydła. I nieodmiennie oferuje jeden z najciekawszych systemów walki w japońskich erpegach - połączenie dynamicznej walki w czasie rzeczywistym ze skryptowanymi, quasi-turowymi schematami. Wędrując przez góry, lasy i doliny, własnoręcznie namierzamy cel oraz - w większości przypadków - świadomie inicjujemy starcie. Zarówno sterowana przez nas postać, jak i duet skrzydłowych, atakują automatycznie w regularnych interwałach. Naszym zadaniem jest natomiast zarządzanie umiejętnościami specjalnymi oraz ciągła kontrola przestrzeni. Niektóre z wspomnianych umiejętności rozbijają pancerz, inne pozwalają zadać obrażenia krytyczne, jeszcze inne są typowo defensywne lub nieodzowne przy akcjach dwójkowych i trójkowych. Większość daje taktyczną przewagę i pozwala przygotować adekwatną strategię w każdych warunkach (te zaś, mówiąc delikatnie, bywają niekorzystne). Nie bez powodu również, dzierżona przez głównego bohatera kosa, Monado, pozwala podejrzeć zręb przyszłości. Umiejętność antycypacji wydarzeń na polu bitwy, gotowość do błyskawicznej zmiany planów i adaptacji to w "Xenoblade Chronicles" podstawa pożywnego śniadania. 



Choć zahaczający o anime styl graficzny (w pakiecie z nowymi teksturami oraz wysoką rozdzielczością) może nie przypaść do gustu fanom oryginału, to nie pozostańmy ślepi na fakt, że grafika jest jedną z ostatnich rzeczy, za które łatwo oryginał docenić - zarówno w wersji na Wii, jak i w porcie na 3DS. Podobnych kontrowersji nie wzbudzą na pewno inne nowości - zarówno te drobne (jak ułatwienia nawigacji, nowe elementy HUD, czy ułożone od nowa oraz bardziej intuicyjne menu z ekwipunkiem), jak i te większe, wśród których prym wiedzie rozbudowany, fabularny epilog. Z nimi czy bez nich, "Xenoblade Chronicles" pozostaje najczystszym i najgęstszym destylatem gatunku. Z kolei trwałość tej nieoczywistej konstrukcji zapewniają solidne fundamenty: dojrzały scenariusz, innowacyjny system walki, spójna koncepcja estetyczna. Pal licho fakt, że zbudowano ją z lekko przetartych klocków. Znacie? To zagrajcie!
1 10
Moja ocena:
8
Michał Walkiewicz
Dziennikarz filmowy, redaktor naczelny portalu Filmweb.pl. Absolwent filmoznawstwa UAM, zwycięzca Konkursu im. Krzysztofa Mętraka (2008), laureat dwóch nagród Polskiego Instytutu Sztuki Filmowej... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
73% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
Udostępnij: