Recenzja Sezonu 1

Betty (2020)
Crystal Moselle
Dede Lovelace
Nina Moran

United Skates

Kto widział "Skejterkę", ten wie: Moselle opowiada o grupie nowojorskich deskorolkarek, w głównych rolach obsadzając nowojorskie deskorolkarki, które na dodatek grają kogoś na kształt siebie ...
United Skates
"Betty" to serial w dużej mierze o przyjaźni. A skoro o przyjaźni - to również o przepraszaniu. Wypadałoby więc rozpocząć recenzję właśnie od przeprosin. Po obejrzeniu pierwszego odcinka wydawało mi się bowiem, że "Betty" – spin-off kinowej "Skejterki" – nie spełnia obietnicy złożonej w pełnym metrażu. Że to, co działało w filmie Crystal Moselle, ubrane w serialową formę nie zdaje egzaminu. Że – posiłkując się deskorolkową metaforą – miał być kick flip, a wyszło jechanie kolanem po betonie. Z czasem odkryłem jednak, że oglądanie "Betty" faktycznie przypomina jeżdżenie na desce. Cytując klasyka: "jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz". I kiedy dać serialowi szansę, w końcu wychodzi na ludzi.

Tak więc: przepraszam, bo koniec końców mi się podobało.

Ten poznawczy dysonans mówi chyba więcej o naszych (albo moich?) odbiorczych przyzwyczajeniach niż o samej "Betty". Serialowa formuła uczy bowiem braku litości. Nieprzypadkowo standardem jest dziś napakowany atrakcjami pierwszy odcinek i kroczący za nim rygor aptekarsko odmierzanych zwrotów akcji i cliffhangerów. Wszystko, byle utrzymać przy ekranie widza, który tylko czeka, by świerzbiącym paluszkiem kliknąć w coś innego, lepszego, fajniejszego. "Betty" programowo odmawia udziału w tej grze. To nie serial scenarzystów, tylko serial reżyserki.



Ton całości nadaje przecież powracająca za kamerę Moselle, która lewituje gdzieś w pół drogi między dokumentalizowaniem a dramatyzowaniem. Zamiast zagęszczać i komplikować, zamiast trząść narracyjnym akwarium, rozluźnia rytm, chwyta rzeczy na gorąco, tworzy nastrój. Nastrój do tego stopnia niewymuszony, że kiedy miejscami śmielej wkracza tu aktorstwo albo scenariusz, czuć lekki dysonans. Nic zatem dziwnego, że potrzeba chwili, by serial mógł rozwinąć skrzydła.

Kto widział "Skejterkę", ten wie: Moselle opowiada o grupie nowojorskich deskorolkarek, w głównych rolach obsadzając nowojorskie deskorolkarki, które na dodatek grają kogoś na kształt siebie samych: bez pretensji, bez pozy, bez napinki. W "Betty" powraca cała znana z filmu piątka dziewczyn, ale reżyserka wciska fabularny reset: bohaterki poznają się na nowo, zupełnie jakby "Skejterki" nigdy nie było. Konwencja pozostaje jednak ta sama. Reżyserka chwyta więc szczególną deskorolkową poezję, jaką znamy choćby z "Paranoid Park", "Mid90s" czy dokumentalnego "Minding the Gap". Z jedną różnicą, oczywiście: tam miejsce kobiet było gdzieś na peryferiach, z dala od skateparku i deski. Tym razem to one są w centrum.

Stąd tytuł: "Betty" to slangowe określenie jeżdżących na desce pań. Chłopcy deskorolkowcy używają go, by "usadzić" dziewczyny, które śmiały wkroczyć na ich terytorium. Moselle i jej bohaterki dokonują jednak przechwycenia: biorą obelgę i robią z niej odznakę. Nieprzypadkowo słowo "Betty" pojawia się tu wyjęte z oryginalnego kontekstu, odarte z krzywdzącej intencji, materializując się w świecie przedstawionym raz jako grafitti, raz jako halucynacja, raz jako napis na chodniku. Niczym główne bohaterki - zaznacza swoją obecność w przestrzeni i wysyła jasny komunikat: "oto jestem, będziecie musieli się z tym pogodzić".


Brzmi to oczywiście niczym feministyczny manifest. Ale słowo "manifest" jakoś niezbyt pasuje. Bohaterki "Betty" nie planują przecież Walczyć z Systemem ani Palić Staników – nawet jeśli jedna z nich demonstracyjnie stanika nie nosi i zakleja sobie piersi kolorową taśmą. Dziewczyny chcą po prostu a) jeździć na deskach i b) być szanowane. Trudno nazwać to wywrotowymi postulatami. Tym bardziej, że jedyna otwarcie polityczna linijka dialogu jest tu podana ze znaczącym przymrużeniem oka: "Zamiast walczyć z patriarchatem, wesprę matriarchat", mówi w którymś momencie Kirt (Nina Moran). I tyle. Albo aż tyle.

Bo Moselle wcale nie robi politycznego uniku. Wręcz przeciwnie: "Betty" jest serialem politycznym już na etapie castingu. Mamy tu bohaterki różnego pochodzenia, o różnym kolorze skóry, różnej orientacji seksualnej. Mamy tu chłopaków, którzy z zasady figurują jedynie na drugim planie, niejako na "zewnątrz". Mamy tu pulsujący Nowy Jork, który okazuje się pełen niewidzialnych na pierwszy rzut oka klasowych barier. Mamy tu bohaterkę, która musi przejść trudną drogę do uświadomienia sobie, jak #MeToo odbija się na jej własnym życiu.

To przecież polityczność pełną gębą – tyle że polityczność prywatna. Reżyserka wplata bowiem problemy w tkankę codzienności. Zamiast bawić się w publicystykę i odhaczać tematy, pokazuje, jak odbijają się one na wyborach normalnych ludzi. Patriarchat przyjmuje więc prozaiczną postać ojców, którzy zabraniają córkom jeżdżenia na desce. Albo rządzących skateparkiem chłopaków, którzy wpędzają dziewczyny w układ "my kontra oni".


Właśnie dlatego Camille (Rachelle Vinberg), zanim wreszcie dołączy do paczki bohaterek, będzie musiała odpokutować to, że w pierwszym odruchu wybrała męskie towarzystwo. Na (jej) szczęście skejterski matriarchat jest inkluzywny, nie zamyka przed nikim drzwi, nie chowa urazy. Jego fundamentem jest dziewczyńska komitywa, wzajemne wsparcie i wspomniana gotowość do przeproszenia oraz wybaczenia.

Nic zresztą dziwnego, że feminizm "Betty" polega raczej na robieniu ollie niż cytowaniu Glorii Steinem. Moselle nie popełnia bowiem grzechu kina young adult, pełnego nad wiek oczytanych i nad wiek wygadanych nastolatków, którzy popisują się swoim erudycyjnym cynizmem, snując protekcjonalne narracje z offu. W "Betty" Camille może więc z rozbrajającą szczerością przyznać, że nigdy nie widziała "Bambiego". A wrażenie może zrobić na niej chłopak szpanujący znajomością… "Alchemika".

Tak bywa: "Betty" to przecież serial o młodych dziewczynach, które nie przerobiły jeszcze kursów z historii kina ani historii idei. Dziewczynach, które dopiero zaczynają rozmawiać ze sobą o poważnych sprawach. Dziewczynach, które wciąż uczą się mówić "nie", kiedy czują "nie", albo "tak", kiedy czują "tak" - nieważne, czy chodzi akurat o poradzenie sobie z szemranym chłopakiem, zaproszenie na randkę nieznajomej czy po prostu zaznaczenie swojej skejterskiej niezależności.


Najważniejsze, że Moselle, starsza od swoich bohaterek co najmniej o pokolenie, nie patrzy na nie z góry. Zamiast protekcjonalnej "obiektywnej" narracji wybiera subiektywny, równorzędny punkt widzenia, perspektywę jadącej tuż obok deskorolki. Jasne: możemy lamentować, że Camille i jej koleżanki oddychają YouTube'em, żywią się bubble tea, a "odwyk" to dla nich przerwa od Instagrama. Reżyserka nie chce jednak demonizować generacji wychowanej na mediach społecznościowych - nawet jeśli rejestruje jej ciemne strony. Zamiast załamywać ręce, patrzy: z ciekawością i empatią.

W tym sensie "Betty" leży na antypodach filmów typu "Assassination Nation", które przejmują język nowych mediów, by groteskowo nas nim postraszyć i potaplać się w ekscesie instagramowych filtrów. Dla bohaterek Moselle smartfon nie jest żadnym instrumentem zagłady, tylko zwykłym… narzędziem. W potrzebie – jak znalazł. Jeśli jesteś chwilowo przykuta do łóżka i nie możesz wziąć udziału w skejterskiej imprezie, przyjaciółki przecież chętnie odpalą telefony i wszystko ci zastreamują. Wy też zastreamujcie sobie "Betty".
1 10
Moja ocena sezonu 1:
7
Jakub Popielecki
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
100% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Udostępnij: