Recenzja Sezonu 1

Cień i kość (2021)
Mairzee Almas
Lee Toland Krieger
Freddy Carter
Jessie Mei Li

Moje królestwo murem podzielone

Heisserer patrzy na bohaterów okiem zaskakująco ludzkim, a nie korporacyjnym. (...) Bije tu gorące, humanistyczne serce. A to dużo.
Moje królestwo murem podzielone
Napchany prochem muszkiet zastąpił tu żelazny miecz, zamiast hełmu jest uszanka, a przez kraj biegnie coś na kształt berlińskiego muru – choć akurat ta analogia pewnie nie przemknęła przez myśl Leigh Bardugo. I nie jest to z mojej strony nic deprecjonującego, bynajmniej, lecz pewien retoryczny zabieg i luźne skojarzenie. Bo choć świat "Cienia i kości" faktycznie delikatnie zaczerpuje to i owo z rzeczywistości, którą znamy z kart historii, to sięga znacznie dalej niż do powojennej Europy.

Bardugo, autorka o korzeniach litewskich i rosyjskich, zbudowała intrygującą fasadę estetyczną, sięgając i po rodzinne opowieści o przodkach, i po kostiumy podprowadzone żywcem z carskiego dworu. Mniej lub bardziej przyzwyczajeni do rządzącego gatunkiem fantasy konkretnego scenograficznego schematu, zwykle spodziewamy się zobaczyć znajomy anturaż, wywiedziony z zachodniej literatury, zgodny z wyobrażeniami pielęgnowanymi przez nas często od maleńkości. A tu nieliche zaskoczenie, bo Bardugo, autorka serii powieści, na podstawie których zrealizowano "Cień i kość" odwróciła się od Londynu ku Moskwie. Oczywiście na polu literatury podobna zmiana dokonuje się od lat, w końcu z natury rzeczy fantastyka powinna być i kosmopolityczna, i inkluzywna. Ale nie o książkach tutaj będzie.


Wspomniałem o fasadzie, ważniejsze jest jednak to, że kryje się za nią spory kawał niebanalnej opowieści. Za tłumaczenie angielskiego na serialowy odpowiedzialny jest Eric Heisserer, scenarzysta dość trudny do rozgryzienia, bo spłodził zarówno rzeczy koszmarne i nierentowne, jak i nominowane do Oscara i kasowe. Na szczęście serial "Cień i kość" wyszedł mu znakomicie, choć momentami, przy zszywaniu opasłych powieści i dorzucaniu do nich czegoś od siebie, zadrżała mu dłoń.

Królestwo Ravki, gdzie toczy się akcja, to wariacja na temat dziewiętnastowiecznej Rosji. Industrialna rewolucja idzie tu pod rękę z kultem militarnej siły i magicznych mocy, do których dostęp ma kasta zwana Griszami. I o ile Bardugo sporo miejsca poświęcała naszkicowaniu sytuacji społeczno-politycznej (choć bez przesady, mowa o powieści dla młodzieży, gdzie romanse i pojedynki są ważniejsze niż dyplomacja i dworskie knowania), o tyle Heisserer stawia na klasyczną podróż bohaterki. Ku dojrzałości, ku samopoznaniu i, oczywiście, ku ratowaniu świata.

A ten ma istotny feler: mur o demonicznej prowieniencji, który podzielił kraj na pół. Mroczna Fałda to siedlisko zmor i ropień na zdrowym ciele narodu. Z początku nie zapowiada się, żeby Alina, kartografka wyrzucona poza nawias z uwagi na swoje mieszane pochodzenie, miała cokolwiek na to poradzić. Jednak w momencie zagrożenia manifestuje się moc, którą dziewczyna nosi w sobie od narodzin. Bohaterka zyskuje więc szacunek towarzyszy i przepędza zło… Tyle że nie.

Nikt bowiem nie ufa półkrwi sierocie, a panujący nad żywiołami czarodzieje nie cieszą się społeczną estymą. Żeby nie zanudzać fabularnymi szczegółami (których odkrywanie sprawia ogromną frajdę, bo Heisserer nie tłumaczy zasad rządzących światem i społeczeństwem krowie na rowie, tylko pozostawia sporo do samodzielnego rozgryzienia), powiem jedynie, że pojawia  się tu kandydat na duchowego i cielesnego przewodnika bohaterki, generał Kirigan. Ben Barnes, który zarzucił płaszcz z futrzanym kołnierzem, facet o chłopięcej urodzie skazany na role mężczyzn stojących na progu dojrzałości albo charakterologicznej przemiany, ma tutaj do pogrania znacznie więcej niż do tej pory. Ale, niestety nie mogę zdradzić też, co kryje jego sarnie spojrzenie. 


Dobra opowieść miłosna nie obyłaby się jednak bez trzeciego gracza. Tym jest stary przyjaciel Aliny z sierocińca, żołnierz Mal. Przez lwią część pierwszego sezonu dowiadujemy się, co o sobie myślą, z ich korespondencji, która nie dociera do adresata. Sporo tego, a jest jeszcze więcej, bo Heisserer dokooptowuje postacie niejakich Wron z innej książki Bardugo. To łapserdaki i złodziejaszki, ale i mistrzowie podstępu. Sceny z ich udziałem, zanim przetną się z losami Aliny, ukazują świat z perspektywy miejskich nizin, a nie klas wyższych. 

Nie żartuję, to nadal nie koniec, lecz o ostatnim, najmniej wyeksponowanym wątku, napiszę tylko tyle, że to kolejna wersja "Piekła na Pacyfiku", tylko z żarliwym romansem i przekomarzankami. Ale wszystkie trzy linie fabularne łączy jedno (poza typowymi dla młodzieżowego fantasy elementami), mianowicie wołanie o akceptację.

To główny temat "Cienia i kości", ratowanie świata może poczekać. Z każdym odcinkiem Alina, Mal, Kirigan i reszta zbliżają się do aktu akceptacji swojej inności. Aktu o charakterze niemalże celebracyjnym. Heisserer patrzy na bohaterów okiem zaskakująco ludzkim, a nie korporacyjnym. Rzeczonej inności nie odmalowuje jako opozycji czy alternatywy dla jakkolwiek pojętej zwyczajności. Chodzi mu o różne kolory na jednej malarskiej palecie, jasny komunikat, że biel nie istnieje bez czerni, czerń bez bieli, a razem dają szarość. I na przekór narzuconej odgórnie uniformizacji życia, w imieniu swoich postaci upomina się nie o przywileje, ale o komfort zwyczajnej codzienności. Bije tu gorące, humanistyczne serce. A to dużo.
1 10
Moja ocena serialu:
7
Bartosz Czartoryski
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
84% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (49 głosów).
Udostępnij: