Na HBO trafił kanadyjski serial, który błyskawicznie stał się globalnym fenomenem. Po seansie trudno się dziwić, że widownia oszalała na jego punkcie. Ja też oszalałam — a ta historia stała się
Na HBO trafił kanadyjski serial, który błyskawicznie stał się globalnym fenomenem. Po seansie trudno się dziwić, że widownia oszalała na jego punkcie. Ja też oszalałam — a ta historia stała się moim ulubionym „comfort serialem”.
To produkcja, która bierze na warsztat jeden z najbardziej „twardych” sportowych światów, a potem zamienia go w przestrzeń na czułość, wrażliwość i intymność bez skrępowania. I robi to zaskakująco dobrze.
Fabuła jest prosta, a dzięki temu działa bez nuty fałszu. Poznajemy dwóch najlepszych hokeistów ligi MLH (czytaj: NHL), którzy grają w przeciwnych drużynach. Rywalizacja na lodowisku to punkt wyjścia, ale serial nie bawi się w długie wstępy – już w pierwszej scenie dostajemy ich pierwszą interakcję. Iskrzy od razu, a napięcie szybko wychodzi poza taflę. Z czasem śledzimy relację rozpisaną na lata: potajemne schadzki, niepewność, emocje, strach i momenty ulgi, gdy wreszcie mogą być sobą.
Na początku wygląda to na serię „hookupów”, a nawet coś w rodzaju soft gay porn — bliskość jest jedynym sposobem rozładowania frustracji i odskocznią od codziennych problemów oraz presji otoczenia. Ale serial od początku subtelnie podpowiada, że to nie jest historia o przelotnej fizyczności. Chemia między bohaterami jest tak mocna, że trudno udawać, iż chodzi tylko o seks. A kiedy do głosu dochodzą uczucia, robi się nie tylko hot i sexy, ale przede wszystkim – intymnie i prawdziwie.
Dlaczego świat (a szczególnie kobiety) oszalał na punkcie tego serialu? Jedna z odpowiedzi brzmi: bo w końcu oglądamy mężczyzn, którzy uczą się komunikować. Wchodzą w relację jak równy z równym, słuchają się, reagują na potrzeby drugiej strony. Serial stoi w opozycji do „maskulinizowanego” ideału faceta, który nie czuje, nie mówi i wszystko rozwiązuje agresją albo milczeniem. Tutaj wrażliwość nie jest słabością – jest językiem, którego bohaterowie dopiero się uczą.
Co ważne: nie ma tu uprzedmiotawiania. Jest uważność. Jest pytanie o zgodę, które rzadko bywa pokazywane jako coś naturalnego, a tutaj – paradoksalnie – staje się jednym z najbardziej erotycznych elementów tej historii, bo buduje zaufanie i bezpieczeństwo. Do tego romans męsko - męski uwalnia część żeńskiej widowni od mechanizmu porównywania się i wpychania siebie w jedną z ról – można po prostu wejść w emocje i obserwować relację bez presji utożsamiania.
Dodatkowo jest to po prostu wzruszająca i piękna historia miłosna. I choć większości queerowych historii towarzyszy często duża dawka dramatycznych wydarzeń oraz nieszczęśliwych splotów okoliczności, które ostatecznie rozdzielają kochanków, tutaj dostajemy projekcję świata, jaki chcielibyśmy, żeby istniał.
Intymność bez tabu – i bez nerwowych cięć Wciąż mamy mało produkcji, które pokazują relację homoseksualną w sposób szczery, czuły i jednocześnie odważny. Heteroseksualne zbliżenia w kinie i serialach są normą, a te nieheteronormatywne często traktuje się jak temat do „odhaczenia” albo przycina montażem, żeby nikogo nie „zgorszyć”. Tu jest odwrotnie: kamera zostaje z bohaterami, scena ma czas wybrzmieć, a intymność jest filmowana z wyczuciem i estetyką.
Efekt? Jedne z najlepiej zrealizowanych scen bliskości, jakie widziałam od dawna – i, co kluczowe, sceny, które pchają fabułę do przodu. Nie są „chwytliwymi” wabikami na rozgłos, tylko ważnym elementem opowiadania historii, pokazując rozwój relacji między Shane’em i Ilyą. Na początku to właśnie fizyczność bywa dla nich jedynym językiem porozumienia – zanim pojawi się przestrzeń na to, co niewypowiedziane.
Drugoplanowe kobiety, które pełnią ważną rolę Choć kobiece postaci pojawiają się epizodycznie, ich obecność jest znacząca: to one bywają dla bohaterów realnym wsparciem i katalizatorem zmian. Rozmowy (m.in. z Rose i z matką) nie są „zapychaczem”, tylko momentami, które otwierają drzwi do akceptacji – czasem tej społecznej, a czasem przede wszystkim własnej. To one są powierniczkami bohaterów i to one się o nich troszczą.
Ilya i Shane – główni bohaterowie, którzy niosą cały serial Największą siłą tej historii są jednak główni bohaterowie i aktorzy, którzy ich grają: Connor Storrie i Hudson Williams. Ich ekranowa chemia jest absolutnie kluczowa – i działa nie tylko w scenach romantycznych, ale też w drobiazgach: spojrzeniach, zawahaniach, mikrogestach. Dzięki nim możemy obserwować piękny, powolny proces zakochiwania się – i to, jak bohaterowie próbują się przed nim bronić, bo stawka jest dla nich zbyt wysoka.
Dodatkowego smaku dodaje fakt, że poza ekranem prezentują zupełnie inne charaktery, co tylko podkreśla, jak świadomie budują role. Trudno się dziwić, że z dnia na dzień stali się ulubieńcami widowni – i że kibicuje im się również poza serialem. Świat oszalał na ich punkcie nie dzięki krytykom i Hollywood, ale dzięki publiczności, która pokochała nie tylko Ilyę i Shane’a, ale też Connora i Hudsona.
Oglądając ich interakcje w wywiadach i na czerwonym dywanie – zarówno razem, jak i osobno – czuć powiew świeżości, naturalności, młodości i autentycznej miłości do kina.
Serial na przekór czasom Ta historia uderza też w coś szerszego. Powstała w momencie, gdy coraz częściej próbuje się nam wmówić, że świat jest czarno-biały i „nie ma w nim miejsca dla wszystkich”. Tym mocniej wybrzmiewa opowieść o tym, jak destrukcyjny potrafi być wstyd narzucany przez otoczenie i strach przed odmiennością. Gdy bohaterowie są razem – wstydu nie ma. Pojawia się dopiero wtedy, gdy muszą wrócić do ról, pozorów i społecznej gry. Oglądając ich relację, naturalnie chce się dla nich świata, w którym nie trzeba się ukrywać. I chyba właśnie to jest w tej historii najbardziej oczyszczające.
Brzmi banalnie, ale działa: lekarstwem na zło i strach jest miłość, a prawda wyzwala.
Mały budżet, wielki efekt Serial powstał bez wielkiego rozmachu, ale właśnie w tym tkwi jego siła. To produkcja, która nie próbuje przykryć braków budżetowych pustym efekciarstwem, tylko od początku stawia na emocje, tempo i dobrze opowiedzianą historię. I to działa.
Dużą rolę pełni tu montaż oraz sprawnie prowadzone przeskoki, dzięki którym udało się wiernie przełożyć książkę na język serialu. Wszystko jest tu na swoim miejscu — dynamiczne, ale nie chaotyczne, emocjonalne, ale nigdy przesadzone.
Świetnie wypada też warstwa dźwiękowa. W kluczowych momentach pojawiają się dobrze dobrane utwory albo znacząca cisza, które tylko podbijają emocje. Scena z czwartego odcinka w klubie, z miksem t.A.T.u „All the Things She Said” i utworu Harrisona, to czyste złoto, a „I’ll Believe in Anything” w finale piątego odcinka robi dokładnie to, co powinien robić dobry finał — zostawia widza z emocjami jeszcze długo po seansie. Najlepsze jest jednak to, że ten niepozorny, niskobudżetowy serial urósł do rangi światowego fenomenu, a jego obsadę w ekspresowym tempie zamienił w gwiazdy. Jest w tym coś z ekranowej wersji American Dream — mała produkcja osiągnęła efekt, o którym niejeden serial wspierany wielkim budżetem i potężną promocją może tylko pomarzyć.
Erotyczne romanse mają swoje pięć minut Jako fanka romansów, fanfików w klimacie „enemies to lovers”, young adult i historii z Wattpada cieszę się, że ten serial obronił się przed typowym kiczem i cringem, które czasem towarzyszą ekranizacjom podobnych opowieści. W końcu ktoś nakręcił erotyczny romans, który nie jest żenujący i nie ucieka w tanią sensację. Jest czuły, zmysłowy, momentami zabawny i zaskakująco mądry w tym, co mówi nie tylko o męskości, orientacji, ale też o samoakceptacji. W tym sensie to nie tylko queerowa opowieść o gejach, ale też historia o wszystkich, którzy kiedykolwiek czuli się inni, wykluczeni, „odstający” – i przez to samotni. Razem z bohaterami odkrywamy, że największy lęk często nie jest tak straszny, jak go sobie wyobrażaliśmy, a wyjście z niego przynosi ulgę.
A ja? Zostawiam Ilyę i Shane’a „at the cottage” i nie mogę się doczekać, co jeszcze ich czeka. Bo przed nimi „The Long Game” – i już czuję, że będzie pięknie.
Jeśli Jacob Tierney pozostanie wierny książkowej opowieści, drugi sezon może naprawdę „rozłożyć” widzów na łopatki.