Na HBO trafił kanadyjski serial, który błyskawicznie stał się globalnym fenomenem. Po seansie trudno się dziwić, że widownia oszalała na jego punkcie. Ja też oszalałam — a ta historia stała się moim ulubionym „comfort serialem”. To produkcja, która bierze na warsztat jeden z najbardziej „twardych” sportowych światów, a potem zamienia go w przestrzeń na czułość, wrażliwość i intymność bez skrępowania. I robi to zaskakująco dobrze. Fabuła jest prosta, a dzięki temu działa bez nuty fałszu. Poznajemy dwóch najlepszych hokeistów ligi MLH (czytaj: NHL), którzy grają w przeciwnych drużynach. Rywalizacja na lodowisku to punkt wyjścia, ale serial nie bawi się w długie wstępy – już w pierwszej scenie dostajemy ich pierwszą interakcję. Iskrzy od razu, a napięcie szybko wychodzi poza taflę. Z czasem śledzimy relację rozpisaną na lata: potajemne schadzki, niepewność, emocje, strach i momenty ulgi, gdy wreszcie mogą być sobą. Na początku wygląda to na serię „hookupów”, a nawet coś w rodzaju soft gay porn — bliskość jest jedynym sposobem rozładowania frustracji i odskocznią od codziennych problemów oraz presji otoczenia. Ale serial od początku subtelnie podpowiada, że to nie jest historia o przelotnej fizyczności. Chemia między bohaterami jest tak mocna, że trudno udawać, iż chodzi tylko o seks. A kiedy do głosu dochodzą uczucia, robi się nie tylko hot i sexy, ale przede wszystkim – intymnie i prawdziwie.
więcej