Z perspektywy rodzica "Matki pingwinów" niezmiennie są w pewnym sensie terapeutycznym doświadczeniem. Nawet jeśli nie dzielimy z bohaterami identycznych doświadczeń, to jest coś oczyszczającego w
W finale pierwszego sezonu "Matek pingwinów" Kama (Masza Wągrocka), Ula (Barbara Wypych), Tatiana (Magdalena Różczka) i Jerzy (Tomasz Tyndyk) postanowili otworzyć własną szkołę dla dzieci z niepełnosprawnościami. Gdy wracamy do nich w kontynuacji, Biegun Szczęścia już funkcjonuje, choć – jak to bywa – założyciele muszą mierzyć się z kolejnymi trudnościami, tym razem – finansowymi oraz biurokratycznymi zawiłościami. Nie brakuje też wyzwań w życiu prywatnym, w tym oczywiście rodzicielskich, zwłaszcza że dzieci zaczynają dojrzewać.
Pierwszy sezon "Matek pingwinów" w znakomity sposób przedstawił nam głównych bohaterów, ukazując, jak dają sobie radę jako rodzice dzieci z niepełnosprawnościami i jakie mają relacje z własnymi rodzicami i/lub partnerami. Twórczynie serialu podeszły do nich z dużą empatią, dzięki czemu cała czwórka – choć każde z nich jest inne i żyjące w inny sposób – na przestrzeni zaledwie kilku odcinków mogła stać się bliska widzom. To samo tyczyło się zresztą dzieci, znakomicie obsadzonych i bardzo rozczulających. Nie inaczej jest w drugim sezonie, przy czym nie ma tu powtarzalności, jako że każde z czworga zastajemy w nowej sytuacji. Kamila układa sobie życie z nowym partnerem, Pawłem (Mateusz Damięcki), a Jaś próbuje odnaleźć się w relacji z nim i jego córką Mią (Tola Hołub). Jerzy, który w poprzednim sezonie cały swój czas poświęcał rodzinie, tym razem stara się znaleźć przestrzeń na własny rozwój (choć los rzuca mu kolejne kłody pod nogi). Tatiana próbuje poradzić sobie ze zmianami w życiu prywatnym oraz dojrzewaniem Michała (a przy okazji, w pewnym sensie, także swoim), zaś Ula stara się jak najlepiej pełnić funkcję dyrektorki szkoły, choć równocześnie mierzy się z dużymi kłopotami rodzinnymi.
Za scenariusz odpowiada pięć autorek: Klara Kochańska-Bajon, Nina Lewandowska, Justyna Bilik, Ariadna Lewańska i Magdalena Żakowska, a jedną z reżyserek jest Jagoda Szelc, która dzieli tę funkcję z Kochańską-Bajon. Twórczynie zachowują świetną równowagę między wątkami rodziców i dzieci, dając młodszym bohaterom miejsce na to, by ukazać ich rozterki związane z adaptacją w nowej sytuacji, poczuciem odrzucenia, bullyingiem, pierwszym zakochaniem czy ciekawością na temat seksualności. Na papierze wydaje się, że to dużo jak na sześć odcinków, ale scenariusz sprawnie lawiruje między postaciami i przeplata ich historie, dzięki czemu udaje się uniknąć poczucia przeładowania. Tym bardziej że "Matki pingwinów" nadal zachwycają realizmem w przedstawianiu środowiska rodziców i naturalnością dialogów (zresztą nieraz bardzo zabawnych). Jedynym zgrzytem może być wątek Jerzego – spośród głównej czwórki jest chyba najmniej wyeksponowany, przez co obserwujemy go w powtarzalnych sytuacjach, a jego historia znajduje ujście głównie w dialogach.
Świetnym uzupełnieniem obsady jest Paweł, samotny ojciec, który chce dla swoich bliskich jak najlepiej, ale sam nie zawsze potrafi poradzić sobie z własnymi emocjami. Wcielający się w niego Damięcki znakomicie odnajduje się w tej roli, ma bardzo dobrą chemię zarówno z dziecięcymi aktorami, jak i Maszą Wągrocką, która wkłada w rolę Kamy całe serce. Zaangażowanie widać zresztą w całej obsadzie. Aktorzy otaczają dzieci troską, a młodzi wykonawcy niewątpliwie czują się dobrze i bezpiecznie w towarzystwie starszych kolegów. Dzięki temu całość ma ciepły, rodzinny klimat (nawet jeśli – jak to w rodzinie – dochodzi do konfliktowych sytuacji).
Z perspektywy rodzica "Matki pingwinów" niezmiennie są w pewnym sensie terapeutycznym doświadczeniem. Nawet jeśli nie dzielimy z bohaterami identycznych doświadczeń, to jest coś oczyszczającego w oglądaniu, jak radzą sobie z procesem wychowania, dają z siebie wszystko nawet w najtrudniejszych chwilach, ale i popełniają błędy. To też ma związek ze wspomnianym wcześniej realizmem: każdy może przechodzić gorszy okres i zaniedbywać samego siebie, dlatego tak ważne jest, by mieć kogoś, z kim można o tym porozmawiać. Być może niektóre sytuacje w "Matkach pingwinów" rozwiązują się kapkę zbyt gładko, ale trudno traktować to jako poważny zarzut, gdy ma się do czynienia z taką dawką pokrzepienia i czułości. Dlatego nie pozostaje nic innego, jak tylko trzymać kciuki za kolejny sezon.