„Pionek” skupia się więc raczej na konsekwencjach, jakie niesie dla społeczności tragedia spowodowana przez jedno z nas; mówi o tym, jak wszystko sypie się wtedy niczym domek z kart, wypada z rąk
Trudno orzec, czy to czysty przypadek, czy jakiś nowy trend, bo wygląda na to, że każdej platformie streamingowej wypada dzisiaj mieć swój serial osadzony na Śląsku. Protestować jednak nie sposób, bo dzięki temu można deczko odpocząć od eksploatowanych dotąd plenerów. Zwłaszcza że w perspektywie stołecznej kamery Katowice to już nie "miasto bycze" i na ekranie zyskuje trochę wielkomiejskiego splendoru. Choć kusiły tu ewidentnie również ujęcia i pocztówkowe, i czysto skansenowe, ale reżyserzy to niemalże lokalsi. Michał Gazda fachu uczył się na tych ulicach, więc ma nie tylko odpowiednie papiery, ale i świadomość, gdzie zajrzeć z kamerą. Bartosz Blaschke z kolei jest z Gliwic i obaj kończyli tę samą katowicką uczelnię. Stąd „Pionek” wygląda nader świeżo, mimo że bodaj każdy miejscowy mówi tu po śląsku, a wszyscy wydają się mieszkać w jednej dzielnicy. Co ważniejsze, jest to serial lepszy niż wcześniejsza „Śleboda”.
W poprzednim sezonie obrazek też bywał ładny, gorzej jednak wypadała intryga, rozwodniona, łapiąca za ogon całe stado srok, z każdym odcinkiem wytracająca tempo, aż do całkowitego zobojętnienia. Nowe odcinki, a zarazem kolejna adaptacja powieści Małgorzaty i Michała Kuźmińskich, należącej do serii tak zwanych etnokryminałów, sporo czasu i energii oszczędza na braku konieczności zapoznawania nas z bohaterami: samozwańczym dziennikarzem śledczym i podcasterem Sebastianem Strzygoniem oraz antropolożką Anną Serafin. O ile cokolwiek wygodnie przeniesiona do Katowic wykładowczyni wydaje się postacią zbędną i trzymaną w tej historii wyłącznie z obowiązku albo z przyzwyczajenia, o tyle nadal pozbawiony empatii, goniący za sensacjami Strzygoń, boleśnie, krok po kroku uczący się patrzeć na drugiego człowieka jak na, no cóż, człowieka, jest znacznie ciekawszy. Bo i sama kryminalna sprawa, dotycząca naśladowniczych powtórek zbrodni sprzed lat, okazuje się dotykać problematyki znacznie głębszej, szerszej i bardziej złożonej niż przeorana popkulturą psychologia seryjnego mordercy.
Norman Pionek bowiem, skazany za wielokrotne zabójstwo, odsiadujący już końcówkę swojej kary w więzieniu, to jednostka wybitnie nieinteresująca z uwagi na swoją zwyczajność. W tym również tkwi spory potencjał serialu idącego w tym aspekcie na przekór hollywoodzkiej mitologizacji, a im bliżej końca intrygi, której rozwiązania zdradzić nie mogę, a które jest kluczowe dla zrozumienia dramatu tej postaci, tym bardziej staje się ona ludzka. Pionek, uwikłany w równym stopniu w szarą codzienność, co ci, którzy go skazali, odczłowieczony, bierny, nijaki i żałosny, staje się chodzącym wyrzutem sumienia. Osią fabuły są tutaj morderstwa będące kalkami tych, za które tamten został skazany, a koncentrują się one wygodnie (za zbiegi okoliczności nie ma jednak sensu kryminałów rozliczać) wokół uczelni, gdzie pracuje Serafin. Niebawem zaczyna się nimi interesować walczący o internetową publiczność Strzygoń. Anna, pielęgnująca poczucie krzywdy, postrzegająca przeniesienie jako degradację, odpływa w płomienny romans z jednym ze studentów, Gerardem, prędko podejrzanym o zabójstwa koleżanek z grupy. Sebastian z kolei wydaje się odnajdywać spokój, w głowie i w sercu, przy Karolinie, córce jednej z ofiar sprzed lat.
Ale na osobną wzmiankę zasługuje Dagmara Kocur (dobra Weronika Książkiewicz), katowicka policjantka prowadząca śledztwo, prywatnie żona profilera, obecnie pisarza, który zaangażowany był w sprawę Pionka. Okutana w wełnianą czapę i grubą kurtkę, ze swetrem naciągniętym na ciążowy brzuch i mitenkami zwisającymi na sznurkach z dłoni, jest równolegle szalenie sympatyczna i bezkompromisowa. Szczęśliwie Gazda i Blaschke, mimo mnogości wątków i postaci, radzą sobie nieźle z prowadzeniem fabuły, udaje im się uniknąć pułapki narracyjnego chaosu. Wątki obyczajowe i społeczne z czasem przyćmiewają dochodzenie per se, choć jedno z drugim jest nierozerwalnie powiązane. Zbrodnia bowiem nie jest tutaj efektem misternego ani planu geniusza zła, ani ledwie bezmyślnym impulsem, to akt jednocześnie przemyślany i zupełnie przypadkowy, ale nigdy wyrastający z pustki, zszyty z rzeczywistością.
„Pionek” skupia się więc raczej na konsekwencjach, jakie niesie dla społeczności tragedia spowodowana przez jedno z nas; mówi o tym, jak wszystko sypie się wtedy niczym domek z kart, wypada z rąk i powoduje efekt domina, jak nieszczęście jest zaraźliwe i dziedziczne zarazem. A prawda nas nie wyzwoli.
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Udostępnij
Facebook
X
Udostępnij
Skopiuj link
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Obserwuj nas na Google News
Dodaj Filmweb jako preferowane źródło w Google
Częściej zobaczysz nasze artykuły w wynikach wyszukiwania.