Recenzja Sezonu 1

The Midnight Gospel (2020)
Mike L. Mayfield
Pendleton Ward
Duncan Trussell
Phil Hendrie

Symulując, medytując

"The Midnight Gospel" łączy ogień i wodę: odjechana kreskówka służy tu za formę podawczą dla dywagacji o ezoteryce, mindfullness, magii, bogu, doświadczeniu transcendentalnym, psychicznej ...
Symulując, medytując
Medytacja jest jak słuchanie zespołu Meshuggah. Klikasz "play" i starasz się zachować rozum, licząc metrum raz-dwa-trzy-cztery, obserwując, jak wokół głowy wirują ci tryby szwedzkiej metalowej machiny. To ćwiczenie z odporności na dystrakcje, całkiem w stylu technik medytacji, które mówią jasno: siedź, licz oddechy, nie daj się porwać wytworom umysłu. Oglądanie "The Midnight Gospel" też jest trochę jak słuchanie zespołu Meshuggah.

Włączasz serial i również próbujesz się skoncentrować, ale twoją uwagę wciąż rozprasza psychodeliczna animacja: koty grające na organach, jednorożce rzygające lodami albo psy skrywające pod futrem czarne dziury. "The Midnight Gospel" łączy bowiem ogień i wodę: odjechana kreskówka służy tu za formę podawczą dla rozważań o ezoteryce, mindfullness, magii, bogu, doświadczeniu transcendentalnym, psychicznej higienie, przebaczeniu i oświeceniu. Innymi słowy - o sensie życia. Szukacie punktu odniesienia? Wyobraźcie sobie "Żółtą łódź podwodną" nakręconą przez Alejandro Jodorowsky’ego. Albo przeczytajcie "Prometheę" Alana Moore’a.

Taki koncept przestaje dziwić, jeśli spojrzymy w biogramy autorów. Za "The Midnight Gospel" odpowiadają Pendleton Ward, twórca "Pory na przygodę", i komik/podcaster Duncan Trussell. Serial zderza dwie konwencje, w których się specjalizują: formułę odjechanej kreskówki z formułą audycji. Podstawą kolejnych odcinków są wywiady Trussella z podcastu "The Duncan Trussell Family Hour", a on sam użycza nawet głosu głównemu bohaterowi.


Oto niejaki Clancy, który za pośrednictwem "symulatora wszechświatów" odwiedza kolejne niezwykłe planety. Na każdej z nich przeprowadza wywiad zaczerpnięty wprost z audycji Trussella, ale przeniesiony w realia jakiejś fantastycznej, kolorowej krainy. Słowa jego prawdziwych rozmówców płyną więc z ust kolejnych wyimaginowanych postaci: a to prezydenta walczącego z plagą zombie, a to dzielnej wojowniczki próbującej ocalić ukochanego, a to faceta, który zamiast głowy ma akwarium ze złotą rybką.

Animacja Warda jest popisem spuszczonej ze smyczy rozumu artystycznej wyobraźni. Wywiady Trussella są fascynującymi rozmowami o poszukiwaniu sensu w absurdalnym świecie. Jedno często zupełnie nie przegryza się z drugim. Dyskusje o Alistairze Crowleyu, Buddzie i Jezusie czy dywagacje o tym, jak kochać, żyć i umierać, sąsiadują przecież z takimi atrakcjami, jak… zębaty tyłek bądź… "troskliwe" misie przegryzające pępowinę na sali porodowej. Jasne, raz na jakiś czas dochodzi do porozumienia: plaga zombie albo zwrot "zatyczka analna w dupie umysłu" (!) stają się wówczas nośnymi metaforami dla dyskutantów. Generalnie jednak psychodeliczne perypetie Clancy’ego mają dość luźny związek z tym, o czym się tu mówi. Nawet jeśli akurat mówi się o psychodelikach.


Można to czytać jako fortel. Przychodzisz po dawkę odjechanej animacji w stylu "Pory na przygodę" czy "Ricka i Morty’ego", a przy okazji dostajesz porcję new-age’owych rozkmin. Chcesz się trochę pośmiać, a między kolejnymi gagami dostajesz lekcję życia. Ale można to też czytać jako metaforę.

Spójrzcie na to tak: Trussell przepytuje swoich gości z tego, jak wyławiać sens z białego szumu rzeczywistości, a Ward po prostu ów biały szum inscenizuje. W takiej perspektywie akt oglądania "The Midnight Gospel" staje się czymś na kształt medytacyjnego ćwiczenia. Zamiast siedzieć ze skrzyżowanymi nogami, ignorując świat i skupiając się na oddechu, siedzimy rozwaleni na fotelach, ignorując animację i skupiając się na słowach. Brzmi to jak wyzwanie: czy potrafisz ogarnąć rozumem egzystencjalno-filozoficzne refleksje, kiedy wygłasza je akurat jelenio-pies pędzący na taśmociągu w surrealistycznym gmachu fabryki/rzeźni/lunaparku?

Fakt pozostaje jednak faktem: szalone perypetie Clancy’ego pozostają odklejone od treści jego rozmów. (Jeśli ktoś żąda rozbudowanej fabuły, bo nie wystarcza mu sam animowany „trip”, ten może uznać to za wadę "The Midnight Gospel".) Dużo ważniejszy od samych przygód wydaje się bowiem ich kontekst: to, że Clancy mieszka na tak zwanej "farmie symulacji", spędzając dni na beztroskim eskapizmie. Trudno przegapić ironię sytuacji: bohater wciąż prawi o samodoskonaleniu, a sam nieustannie ucieka przed życiem do kolejnych wirtualnych rzeczywistości. Chyba nieprzypadkowo jego zestaw do symulacji przypomina - bardzo po Cronenbergowsku - łono. Clancy wkłada do środka głowę i mentalnie zwija się w pozycji embrionalnej, odrzucając wyzwania realu.


W tym sensie "The Midnight Gospel" jest czymś niemalże na kształt homilii - nawet tytuł odsyła do ewangelii. Z tą różnicą, że Clancy i jego dyskutanci nie ograniczają się do objaśniania Pisma Świętego i biorą na klatę całokształt duchowych praktyk: od psychologii do parapsychologii, od religii do magii. Pod płaszczykiem animowanych odjazdów i kloacznych żartów Ward i Trussell moralizują przecież na temat polifonicznej współczesności. Narzekają na atakujące zewsząd bodźce, budując wokół nas ściany z internetowych awatarów, pop-upów, komunikatorów, portali, emoji i innych symulatorów. Lamentują, że dajemy się im uwieść, zapominając, co jest życiem, a co grą. Że zamiast doskonalić siebie, doskonalimy swoje wirtualne "ja", przemierzając wymyślone światy i gubiąc się w poziomach egzystencjalnej matrioszki.

Pytanie tylko, czy samo "The Midnight Gospel" nie jest kolejną taką matrioszką. Twórcy przyklaskują przecież widzowskiemu ADHD i serwują nam ciąg atrakcyjnie pulsujących kolorowych absurdów. Wszystkie "głębokie" tematy są tu zaś co najwyżej liźnięte. Nic dziwnego: dwudziestominutowe odcinki nie są w stanie oddać im sprawiedliwości, z zasady stanowią bryk z podcastów Trussella, które same też raczej nie wyczerpują wątków. W rezultacie "The Midnight Gospel" jest po prostu tęczową magmą Wielu Ciekawych Rzeczy, z których czasem niewiele wynika. Zaprawdę powiadam Wam: ta ewangelia nikogo raczej nie zbawi. Ale przecież "zbawienie" - czymkolwiek by było i jakkolwiek by je rozumieć - i tak nie działa w ten sposób. Inni ludzie - a zwłaszcza dwaj faceci kręcący serial animowany - mogą dać jedynie impuls, zainspirować. Reszta należy do Was. 
1 10
Moja ocena sezonu 1:
7
Jakub Popielecki
Rocznik 1985, absolwent filmoznawstwa UAM. Dziennikarz portalu Filmweb. Publikował lub publikuje również m.in. w "Przekroju", "Ekranach" i "Dwutygodniku". Współorganizował trzy edycje Festiwalu... przejdź do profilu
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
95% użytkowników uznało tę recenzję za pomocną (21 głosów).
Udostępnij: