Made in England  

Made in England

Przez długie lata serial był ubogim krewnych pełnoprawnego filmu kinowego. W ostatnich
latach zaczyna się to zmieniać. Kelvin Spacey w jednej ze swych wypowiedzi o współpracy z
Davidem Fincherem powiedział, że jego zdaniem filmy z lat 90 były o wiele ciekawsze od
obecnych. Dlatego dziś bardziej go interesują seriale (w domyśle – klasy „House of Cards”).
Spacey ma niewątpliwie sporo racji. Wprawdzie nieźle się miewa kino niezależne, a
interesujących produkcji nie brakuje po obydwu stronach Atlantyku, jednak kinowy
mainstream może niepokoić. Te wszystkie niewydarzone sequele, prequele, te ekranizacje
klasycznych powieści łudząco podobne do ekranizacji komiksów….

To ostatnie zjawisko szczególnie mnie boli. Ostatnio próbowałem obejrzeć „Trzech
muszkieterów” z 2011r. Ale gdy na samym początku zobaczyłem zabójcę wyglądającego jak
Ninja, który wyłania się z wody i używając wymyślnego miotacza strzałek zabija naraz kilku
żołnierzy, wyłączyłem. Podobnie było przy „Sherlocku Holmesie”. Pomimo wielkiej sympatii do
Roberta Downeya Jr. gdy zorientowałem się, że Sherlock u Guy’a Ritchiego to mistrz sztuk
walki, a film jest połączeniem teledysku z komiksem, odpuściłem. Gdzie w takim razie można
zobaczyć historyczną fabułę bez efektów i fajerwerków? Której twórcy nie uważają swego widza
za tępego przeżuwacza popcornu, którego trzeba potraktować migotliwym obrazem i uderzyć
dźwiękiem, żeby „coś poczuł”? Otóż dla dojrzalszej, wrażliwszej widowni pozostają seriale,
najlepiej wyprodukowane przez BBC lub HBO.

Wśród tych seriali z pewnością zasługuje na wyróżnienie „The Crimson Petal and White” z
2011 roku – ekranizacja powieści „Szkarłatny płatek i biały” Michela Fabera (którą również
zdecydowanie rekomenduję). Ten mini – serial to zaledwie 4 odcinki, trwające w sumie około
3 godzin. Jednak skromny pod względem długości, pod każdym innym jest ponadprzeciętny.
Ogromne wrażenie robi Londyn A.D. 1874. Zwłaszcza że zanim udamy się do dzielnic
zadbanych i eleganckich, poznajemy najpierw te obskurne, pełne błota, brudu, ruder i nędzarzy
okupujących chodniki. Wrażenie podkreśla praca kamery i perfekcyjnie dobrana ścieżka
dźwiękowa.(brawo dla chilijskiego kompozytora de Veera – jego muzyka brzmi chwilami jak
Massie Attack, a jednak pasuje doskonale).

Główna bohaterka, prostytutka Sugar jest postacią niebanalną. Inteligentna, zainteresowana
literaturą, nie tylko czyta, ale też sama pisze (traktując to najwyraźniej jako swoistą terapię).
Niepozbawiona wrażliwości, nie jest jednak klasyczną „dziwką o złotym sercu”. Jej inteligencja,
intuicja, a zwłaszcza empatia są niesamowite. Potrafi skutecznie uwieść milionera Williama
Rackhama, umiejętnie używając takich narzędzi jak poezja, seks i opiekuńczość. Okazuje się
nastęnie, że Sugar równie umiejętnie co z Rackhamem radzi sobie z jego obłąkaną żoną i
osamotnioną córką. Ciekawym zabiegiem autora było obdarzenie Sugar chorobą skórną
(łuszczyca?), na szczęście w łagodnej odmianie. W wersji filmowej spierzchnięte wargi Sugar i
jej blada cera nie szpecą, ale wręcz dodają oryginalnego rysu. Wcielająca się w tę postać
Romola Garai była mi do tej pory zupełnie nieznana (choć jak sprawdziłem, pojawiła się na
drugim planie kilku niezłych filmów, jakie widziałem). Tym bardziej zaskakuje jej dojrzałość i
klasa w roli Sugar. Podobnie Chris O’Dowd jako William Rackham. Zadanie miał jeszcze
trudniejsze, gdyż jego postać mocno ewoluuje: od nieudacznika i rodzinnego outsidera do
prężnego biznesmena, oraz od czułego, namiętnego kochanka do bezwzględnego tyrana. W
każdym z tych wcieleń jest przekonujący i wiarygodny.

Dobre aktorstwo to oczywiście nie jedyna atrakcja „Płatka”. W przypadku produkcji BBC
zakrawa na banał wspominanie o znakomitej scenografii i całej stronie technicznej filmu, ale
faktem jest, że robią one wrażenie. Tym, co jest może mniej oczywiste, a przecież warte
podkreślenia, to całkowity brak sentymentu i retuszu w wizerunku Londynu drugiej połowy XIX
wieku. Jestem pewien, że analogiczne ukazanie XIX wiecznej Warszawy np. w ekranizacji
„Lalki” Prusa – tzn. ze zbliżoną liczbą prostytutek na brudnych ulicach, obdartych dzieci i
kalekich żebraków - wywołałoby liczne protesty, a wielu uznałoby taką ekranizację za
„niepatriotyczną” i „antypolską”. Widownia polska i brytyjska niewątpliwie bardzo się równią –
podobnie jak same telewizje. W rezultacie seriale BBC to „Rzym” czy „Dynastia Tudorów”, a
TVP – „Ojciec Mateusz” i „Klan”.

Zapraszam do odwiedzenia mego bloga: http://nowerekomendacje.blogspot.com/

  • Podpisuję się obiema rękami pod recenzją, choć nie zapominajmy o np. popełnionym przez TVP "Pitbullu". Poza tym, gdyby widownia polska tak bardzo różniła się od brytyjskiej, produkcje BBC nie cieszyłyby się nad Wisłą taką popularnością jak chociażby "Sherlock" czy "Doctor Who". Moim zdaniem marność polskich produkcji telewizyjnych to efekt przede wszystkim źle pojętej misji nadawcy publicznego i zgadzania się na bylejakość, a nie złego gustu widzów.

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: