Sezon drugi ocena/podsumowanie.

Ehh. Sezonowi pierwszemu z czystym sumieniem należy się ocena 7. Można było zadawać sobie pytania dla czego bohaterowie wybierają zamiast najbardziej intuicyjnych, rozwiązania głupie, zwracać uwagę na irracjonalne motywacje, itd. Wszystko trzymał jednak wątek Wiliam – Mężczyzna w Czerni, no i oczywiście Ford. Działo się mniej, ale z sensem (nie licząc Meave ala Terminator wraz z towarzyszami w ostatnich odcinkach).
To co jednak ma miejsce w dwójce to jest zupełna intelektualna kaszana. Każdy twórca scenariusza tworzy swego rodzaju fikcję literacką. Świat inny od realnego często rządzący się zupełnie innymi prawami. Niemniej jednak dobrą fikcję od bardzo marnej da się odróżnić tym, że w tej pierwszej prawa te działają zawsze, a w tej drugiej nie. Wydarzenia mogą następować po sobie bez żadnego ciąg przyczynowo skutkowego. Tak właśnie wygląda cały drugi sezon.
W jednych odcinkach pokazane jest jak można się szybko i bezproblemowo poruszać po parku podziemnymi drogami, kiedy indziej bohaterowie włóczą się przez kilka epizodów między dwoma sektorami.
Sceny walki są żenujące. Gdy to wygodne dla (fabuły?)host pada od jednej kuli, gdy natomiast nie, strzela do niego cały oddział specjalny, i żaden nie jest w stanie trafić do niego z automatu i/lub trafienie nie wyrządza żadnych szkód. Siły bezpieczeństwa noszą oczywiście kamizelki kuloodporne, ale zawsze padają od jednego strzału z rewolweru z którego celność wynosiła najwyżej 50 metrów. Specjalsi biegają jak opętani, i z niczym sobie nie radzą, uparcie strzelają w korpus, tak jak by nie dało się domyślić że może trzeba zniszczyć moduł sterujący w głowie, z resztą, gdy to było wygodne dla scenarzysty to działało, a jak nie to i tak nic nie pomagało. Oczywiście siły bezpieczeństwa nie są wyposażone w broń która może dokonać mechanicznego uszkodzenia hosta, po co, wtedy nie byłoby serialu, cały bunt by upadł w dwie godziny. Szablą można pokonać strzelbę, strzelbą karabin, dla fantazji twórców serial nie ma żadnych przeszkód.
60-letni William dostał 5 kul, w tym dwie w brzuch, zamiast się wykrwawić i ususzyć podczas opowieści Indianina to jeszcze się pozbierał, wyrwał broń rosłemu mężczyźnie, i rozwalił kilku innych w kamizelkach, a ci nawet nie wiedzieli kiedy. Ręce opadają. Grupa towarzyszy Dolores padła od toporków paru indiańców, ale za pomocą strzelb dokonała skutecznego szturmu na bronioną przez armię kwaterę główną . Co tutaj mnie dosłownie zwaliło z nóg, najpierw trudnili sobie wejście pakując w nie lokomotywę (po co, no po co?, żeby było widowiskowo?), i przy okazji informując cały obiekt że oto nadchodzą (zakładamy że system kontroli nie działał). Oczywiście tutaj historia powinna się skończyć. Dwóch gości z karabinami staje w dobrze osłoniętym przejściu i cała hołota Dolores zostaje wystrzelana, nie mogąc zrobić nic. Ale wtedy serial by się skończył, więc po prostu logikę zignorowano przedstawiając stertę ludzkich trupów które zginęły, no właśnie, jak?
Meave, jak pasowało do fabuły to telepatią rozwiązywała każdy problem, jak nie to bezczynnie patrzyła na odwały Clementine. Raz szuka córki, raz nie szuka, jeszcze raz pozwala jej tak po prostu odejść. Indianin, który bez żadnej pomocy intepretuje dziwaczne postacie z technicznego świata przyszłości, nie jako bogów, ale od razu wie o co chodzi. Ojciec Dolores oszalał od jednego zdjęcia, ale Indianin, ma zmysł. Do tego wszystkiego wypełniacze w postaci wątków prowadzących donikąd i bieda historii, choćby z Japończykami, ojcem Dolores i jego pamięcią. Oczywiście wszyscy są w tym rzekomo wielkim placu zabaw zawsze na właściwym miejscu i czasie, cięgle na siebie wpadają.

Dylematy moralne hostów mnie nie ruszały, raz mówią że to wszystko tylko zaprogramowana bajka, innym razem wieżą że gdzieś tam kiedyś mieli rodzinę, raz chcą uciec, raz wszytko zniszczyć, raz uratować… Wszyscy tutaj zamiast iść prosto do celu to się kręcą w kółko. Motywacje bohaterów są absurdalne. Ojcowi Dolores wystarczyło po pierwszym złapaniu usnąć moduł sterujący i się ewakuować. Hosty mógł przemycić w postaci kuleczek z pamięcią jeden z nawróconych techników, ale po co, to za proste. Mnożyć można bez końca.

Podsumowując, nie jestem w stanie wciągnąć się w historię, w której dla bohaterów nie ma żadnej przeszkody, nie zmagają się z żadną trudnością do przezwyciężenia. Bo z jaką trudnością mamy do czynienia gdy w razie konieczności ręka Boga (scenarzysty/reżysera) pozwala im wyjść cało z najbardziej beznadziejnej opresji i rozwiązać najtrudniejszy problem. Widzę że na ekranie ktoś ginie, ale to nie znaczy nic, bo za chwilę i tak w razie konieczności zmartwychwstanie, po kilku razach to już powszednieje, wiem że na ekranie mogę zaraz zobaczyć wszystko, nawet spodek latający i w zasadzie ani trochę by mnie to nie dziwiło.

26
  • jest jak piszesz.. jedynce sie pare punktow nalezy za sama realizacje choc ja az tak hojny nie bylem.. wlasnie przez to ze od poczatku czuc tam brak pomyslu na spojna historie od poczatku do konca tylko juz w 3-4 odcinku mozna sie bylo zorientowac ze to bedzie naciaganie widza :/ ... dla mnie oprocz tego łudzenia widza , że to wszystko ma sens i sie fajnie zapętli to jeszcze przesadna brutalnosc niektorych obrazkow przeszkadzala .... ale sa ludzie ktorym sie te cegłowki ukladaja w kapitalna historie i daja dyszke wiec im zycze jeszcze lepszego jeszcze bardziej pogmatwanego seoznu .. ONi juz pewnie kminia po finale dwojki czy sami nie sa przed tymi monitorami hostami ;) .. POZDROWKI

  • W pełni się z tobą zgodzę.

  • Agreed :)

  • " Wydarzenia mogą następować po sobie bez żadnego ciąg przyczynowo skutkowego. Tak właśnie wygląda cały drugi sezon. ' - czyli co na przykład?

    Sceny walki - zgodzę się, ale dla mnie to akurat pierdoły w porównaniu do stopnia skomplikowania całego serialu (dla mnie to akurat pozytywne).

    "Meave, jak pasowało do fabuły to telepatią rozwiązywała każdy problem, jak nie to bezczynnie patrzyła na odwały Clementine. Raz szuka córki, raz nie szuka, jeszcze raz pozwala jej tak po prostu odejść." Clementine zrobiła odwał, którym potem ewidentnie zarażała innych hostów, bo nawet po tym jak ją zastrzelili, reszta dalej się mordowała. Więc Meave miała mało czasu i musiała biec do córki i ją uratować. Nie wiem co tu nielogicznego. No i kiedy było to 'raz nie szuka'?

    "Indianin, który bez żadnej pomocy intepretuje dziwaczne postacie z technicznego świata przyszłości, nie jako bogów, ale od razu wie o co chodzi." Po pierwsze był wersją alpha tak jak Dolores i nie był aktualizowany. Po drugie trwało to 10 lat, więc miał dużo czasu, żeby sobie wszystko poukładać, tym bardziej, że był świadkiem kiedy ekipa sprzątająca sprzątnęła paru hostów.

    "Do tego wszystkiego wypełniacze w postaci wątków prowadzących donikąd" - czyli których?

    "Oczywiście wszyscy są w tym rzekomo wielkim placu zabaw zawsze na właściwym miejscu i czasie, cięgle na siebie wpadają." no.. tak jakby to jest całe clue tego serialu.. raz że ludzie i hosty są przewidywalne na tyle, że podczas testów wracały wciąż 'na tą samą ścieżkę', dwa że Ford sobie to wszystko dawno wymyślił. Więc no.. musieli na siebie wpadać

    "Dylematy moralne hostów mnie nie ruszały, raz mówią że to wszystko tylko zaprogramowana bajka, innym razem wieżą że gdzieś tam kiedyś mieli rodzinę, raz chcą uciec, raz wszytko zniszczyć, raz uratować…" - czyli tak jak ludzie i ich wielowiekowe gdybania o Bogu i przeznaczeniu. A poza tym - hosty zrozumiały, że są hostami, ale dalej były zaprogramowane, dalej ich główne motywy pozostały - właśnie dziecko, miłość itd. A ludzie? Przecież jesteśmy tacy sami, często zachowując się nie logicznie, wiedząc czasem, że nie powinniśmy czegoś robić, bądź skazani jesteśmy na porażkę, a jednak brniemy w nasze motywy. O to w tym serialu również chodzi, że zachowania hostów to tak naprawdę zachowania ludzi.

    • Ciąg przyczynowo skutkowy - przede wszystkim zmienność wytrzymałości na zniszczenie hostów i ludzi, raz żadna, raz terminator, nie mów mi że to nie miało znaczenia dla fabuły bo miało całkowite. Wyznaczanie celów które bohaterowie realizowali w absurdalny sposób (tak jak by robili wszystko by nie wyszło) - szturm Dolores na na podziemia, i obrona sił specjalnych, fort, poszukiwania ojca Dolores, wraz z zawartością głowy. Przemieszczanie się po parku - albo da się to robić szybko albo nie. Jeśli się da, to 2/3 sezonu jest bez sensu. Przez pierwszą połowę wszyscy polują na ten procesor z danymi hostów, a potem scenarzysta stwierdza że to nudne, i jednak to kolebka się liczy... Serio, sztukowanie fabuły w trakcie produkcji serialu tu widzę.

      Sceny walki stety albo niestety były w II sezonie istotne, i moim zdaniem nie można na nie tak machnąć ręką. Przede wszystkim decydowały o życiu lub śmierci bohaterów, co miało kluczowy wpływ na fabułę.
      Indianin - nie dziwi mnie że zwątpił w autentyczność świata, ale choćby go nie aktualizowano tysiąc lat, bez naukowych badań nad naturą rzeczywistości, (takich jakie zrobił człowiek, zanim stwierdził że to nie Zeus miota piorunami) jedynym wnioskiem byliby bogowie.

      Wątki bez celu, podałem przykład, Japończycy, ojciec Dolores...

      Podpunkt ostatni, jeśli scenarzysta próbował wcisnąć wielowiekowe rozważania filozoficzne ludzi do kilkunastu dni z życia hostów, to wyszło to strasznie sztucznie. Poza tym to nie wyglądało na świadome pozorowanie filozofii, a dziurawy scenariusz. Tak jakby lakiernik ślady po szpachli nazywał "inwencją twórczą". Żadna tam inwencja tylko partactwo.

    • Serial posiada dwie warstwy główne, które są dla siebie kontrastem jakościowym. Z jednej strony mamy do czynienia z płaszczyzną filozofii i dywagacji, co stanowi walor i chyba też główny powód, dla którego nadal oglądam WW, natomiast z drugiej strony, oglądamy liczne irracjonalne rozwiązania fabularne, które autor wątku wymienił. Piszesz, że dla ciebie idiotyczne prowadzenie walk jest nieistotne, ale dla wielu - w szczególności dla ludzi, którzy mają pojęcie o tego typu tematach - stanowi to bardzo nieprzyjemny minus. Bo przeznaczenie hostów, chociaż perfekcyjnie "zaplanowane", nie byłoby możliwe, gdyby nie te irracjonalne rozwiązania. Dla mnie niedopuszczalnym jest, że oddział specjalny zostaje wykoszony przez pasterzy, którzy nigdy nie trzymali w dłoni karabinu. I co z tego, że pierwsza płaszczyzna przyciąga mnie skinieniem ręki w geście zachęty, jeśli druga warstwa odpycha i nie pozwala o sobie zapomnieć w każdym kolejnym epizodzie? Serial jest bardzo dobry, ale rzeczywiście długimi momentami nuży, prowadzi donikąd, bywa głupi i - też - opieszały. Wątek Maeve z Shogunem... totalny miszmasz, który odbijał mi się przez kilka odcinków. Wątek Williama? Z początku ciekawy, później, gdy tajemnica osiadła i odkryła spódnicę, począł męczyć, bo (no właśnie) nabrał sztuczności.

      Ten serial miał/ma wszystko, by zostać wybitnym. Póki co jego wartość stanowią przepiękne zdjęcia, świetna obsada, tło, filozofia i budżet, który raczej się nie zmarnował. Natomiast moim ogromnym zarzutem wobec WW jest:
      - rozwiązania fabularne, czyli chodzenie na łatwiznę (sceny walk itd.)
      - przesadny eskapizm
      - ciągłe zagubienie Bernarda, które z czasem zaczęło ciążyć niemiłosiernie
      - wątek Dolores, który jest - jak na ironię - jedną z głównym osi fabuły
      - irytujące zachowania bohaterów

      Mam nadzieję, że trzeci sezon nabierze realizmu.

  • Zgadza się. Po drugim sezonie powiem tak: pseudofilozoficzna metafizyczna papka.

  • 2 sezon był tragiczny. Bezsensowny (serio, ile czasu tym oddziałom zajęlo żeby ogarnąć sytuację mając taki arsenał przeciw rewolwerom) i strasznie pogmatwany, a przez to że okropnie nudny, naprawdę trudno było go wnikliwie oglądać. Ogromny spadek w dół, po tym sezonie obnizyłem ocenę z 8 na 6.

  • Drodzy parafianie a nie sądzicie że czas w jakim odbywał się serial czyli w zasadzie jego epizody celowo są pomieszane, mowa tam o 30 latach, w tym czasie pasterz mógł dostać o pani murzynki mamy (zapomniałem imienia)

Zgłoś nadużycie

Opisz, dlaczego uważasz, że ten wpis nie jest zgodny z regulaminem serwisu: