Ten film to nic innego, jak reklamowanie przemocy i sadyzmu będącymi składnikami zemsty dokonanej przez głównego bohatera. Mało tego, Denzel przez pierwszą część na okrągło wspomina o Biblii i roli, jaką odgrywa ona w jego życiu, by w drugiej części, jakby niepomny swej religijnej gorliwości, przemienić się w żywą maszynkę do zabijania. Jakoś nie mogłem przetrawić tak rażącego paradoksu, choć to tylko rozrywkowe kino akcji. Tyle, że Tony Scott potraktował fabułę i postacie zbyt serio, aby można to było wszystko łyknąć bez przeszkód.
Raził mnie także ten przebajerowany montaż, który niczemu de facto nie służył, a wręcz przyspożył dodatkowego chaosu wydarzeniom na ekranie. Z aktorów tylko małoletnia Fanning wywiązała się dobrze, reszta zagrała z taką powagą, jakby to miał być poważny dramat a nie hollywoodzka produkcja.
Myślę, że filmy takie jak "Man on fire" mogą przyspożyć więcej szkody niż pożytku swoją niezdrową reklamą niepohamowanej żądzy krwawej wendetty.
6/10.
Jeśli sam dokładnie poczytasz to zauważysz, że tym tematem zainteresowałem się jakiś czas temu.
Prawda jest taka, że jesteście obaj siebie warci z tymi Waszymi tekstami. Różnica taka, że jeden po palnięciu głupoty odpuścił sobie ponad miesiąc temu.
A drugi?
to żart? chyba mało wiesz o świecie albo masz zamiar trafić do pokoju w którym mieszka ojciec Pio.
Wymienie 5 papieży którzy się zarzynali o te stanowisko. - brutalnosć tutaj to malo powiedziane
Wyprawy krzyżowe- w tym najlepiej przytoczyć mord ludności w Jerozolimie przez krzyżowców, czego nie powtórzyli arabowie a mogli.
nie zabijaj to jeden z 10 przykazań i to cie tak boli? Sprawdź co robi ksiądz z twojej parafii po nocach.
Podbój ameryki. Ludobójstwa pogan itp... problem nie leży w filmie i jego gloryfikacji śmierci tylko w tobie.
Albo totalny debil albo totalny hipokryta.
Powołujesz się na katolicyzm zaprzeczając w tym temu co powiedziałeś. nie jest tak pięknie. idiota!!!
Może powtórzę się jeszcze raz to samo pisałem w temacie pod filmem "Zło"
" jak nie ma innego sposobu to nie można być biernym i trzeba tym samym odpłacić,jest to dylemat oczywiście.A słyszałeś może jak w Polsce nie tak dawno ludzie z małej wiosce wykonali samosąd(lincz) na facecie który ich terroryzował przez długi czas a policja nie mogła albo nie potrafiła z tym fantem nic zrobić....teraz mają sprawę ale najbliższych ochronili"
Ktoś by mógł zaraz powiedzieć no tak ale oni wykonywali samosąd zbiorowo,każdy każdego nakręcał wtedy łatwiej przeprowadzać egzekucję(kiedyś ukaminionowanie)ale nasz Creasy to była maszyna do zabijania jemu wszystko przychodziło łatwo,tak jak dla nas zabicie np: motyla,czy innego owada.To jest jak nałóg(tak jak jego alkoholizm) dla takiego Creaseya.
"Nie ma większej miłości od tej, gdy ktoś życie swoje oddaje za przyjaciół swoich." Ewangelia Jana 15, 13.
Główny bohater oddał życie za Pitę. Poza tym ropieprzył dużą organizację przestępczą czym przysłuzył się światu. Zabijanie nawet nieuzbrojonych bandytów miało sens, bo co by zrobił taki bandyta gdyby zyskał wolność? Tyle w tym temacie.
Jakby tak pomyśleć nie po chrześcijańsku to zabijanie jakichkolwiek bandytów, nawet prewencyjnie, ma OGROMNY sens. Świat jest jak wielki organizm. Każdy organizm ma przeciwciała, które zabijają ciała niszczące ten organizm. Słyszeliście o tym chłopaku, który walczył z rakiem, wygrał tą walkę ale został wraz ze swoim ojcem pobity przez jakiś bandziorów - dresów i znowu musiał walczyć o życie? Zabicie takiego pospolitego bandyty tylko przysłuży się całemu społeczeństwu. Mieszkam kilka kilometrów od tego miejsca. Gdyby takie coś przytrafiłoby się mojemu kumplowi, przyjacielowi i jakimś trafem stałbym z pistoletem w ręku na przeciwko takiego bandyty to bym go zabił mimo, że on nie odebrał nikomu życia (jeszcze).
taaa .. film jest lekko prze kombinowany, kamera za bardzo skacze i wogóle fabuła wydaje sie zbyt banalna ... no Leon to to nie jest, w dodatku Tonny chyba pożyczył śpiewaczke od brata Ridleya z Gladiatora, ... mimo to film dzięki Denzelowi, Walkenowi i Giannini zajebiście trzyma poziom.
To dobre kino akcji, słabsze niż filmy Manna, ale z tej samej branży, Deenzel + Scott = film z jajem i klasą i to trzeba sobie powiedzieć wprost, Aktorstwo, i kupy trzymająca się fabuła, teledyskowy montaż, zielono żółta kolorystyka, i całkiem niezła muzyka dają po Piżdzie... a że Vendetta, i historyjka jak z palca wyzsana to mnie już rybka ;P ///
Mówie wam, Man on Fire, Domino, i Deja vu - to odpowiedz na Gorączke, Zakładnika, i Miami Vice Manna ... moim zdaniem róznica bramki, ale liga wciąż ta sama ... 8/10
Ridley "pożyczył" od Tony'ego Gregson-Williamsa, więc są kwita :)
Jeśli zaś chodzi o "odpowiedź na filmy Manna" - no raczej przesada i to zdrowa. Filmy mają ze sobą tyle wspólnego, że są wizualnie bardzo charakterystyczne, a dużą rolę w nich odgrywa także muzyka i ogólny rytm akcji. Obaj reżyserzy są z tego znani, ale też od zawsze robią to po swojemu.
przeczytałem cały wątek pobieżnie, ale wtrące swoje "4 grosze:")
Chociaż dość często zdarza się nam zgadzać Thommy, to, niestety, w tym przypadku mam wrażenie, że to całe to twoje rozważanie jest trochę nie na miejscu i lekko się rozpędziłeś w krytyce tego filmu.
Jest to przecież rekreacyjny hollywoodzki produkcyjniak, a ty polecasz swoim oponentom porównania z ciężkostrawnymi dramatami dywagującymi nad tematem kwestii odbierania życia - "Krótki film o zabijaniu" czy "czekając na wyrok"...Porówniania troche nie na miejscu.
1. Mówisz, że to "Gloryfikacja krwawej zemsty".
Owszem, jak najbardziej. Ale na tym polega sensacyjny podgatunek kina zemsty. Kill Bill, Desperado, Życzenie śmierci, Robocop, Odważna, Człowiek Ciemności, Kruk, Czarny deszcz, Godzina zemsty, Ostatni dom na lewo, filmy Park Chan-Wooka...wszystko to jest jeden oferuje mniej lub bardziej urozmaicony schemat, w bohater mści się za coś na złych gościach za jakąs potworną traumę przeszłości którą mu zgotowali, a my mniej lub bardziej dyskretnie trzymamy za niego kciuki:)
Brakujący tobie element czyli humor, za bardzo rozluźniałby w tym przypadku atmosferę, przez co film mógłby stracić trochę z siły odziaływania, a nie ukrywajmy - największym atutem dobrze zrealizowanego revenge movie jest pewną wieź z głównym bohaterem i wirtualna namiastka uczucia feelingu ukarania "tych złych" (któż nie miał w nigdy życiu chęci "pokazania" np: tym nieoficjalnym bossom podwórek:). No i to jest powód dla których ja od czasu do czas mogę obejrzeć sobie taki film - styulacja jakiś wrażeń:) Te filmy najzwyczajniej, wywołują jakieś emocje, a to już jest coś.
Wszystko jest dla ludzi. Np: po premierze pierwszego Supermena były przypadki dzieciaków, które skakały z balkonów, bo myślały że polecą - Tzw. "Zły wpływ" może mieć, na podatnego człowieka, cokolwiek.
2.
"przebajerowany montaż i przefiltrowane zdjęcia" to po prostu pewnien charakterystyczny styl Tony'ego (wcześniej reżyserował teledyski, zabawa formą i stylizacją mu pozostała).
3. Jeszcze odnośnie zarzutu szafowania pismem św. - sam fakt czytania przecież nic, automatycznie, nie zmienia. Żołnierz nie potrafi się z miejsca przystosować(Rambo, Taksówkarz), większość kryminalistów którzy odsiedzieli wyrok laduję później ponownie w więzieniu(statystyka). Sama chęć czy odbyta kara nie gwarantuje poprawy. Creasy też w końcu wróca do tego od czego chce ucieć, ale też tego, co umie robić najlepiej.
PS: jezcze co do pisma św. - Pamiętasz jak czytał biblię Alex DeLarge?:]
4. Ogólnie sam film nie jest jakąs rewelacją, jak dla mnie, to porządnie zrealizowane kino rozrywkowe. I tyle. Oglądałem go już jakiś czas temu i wtedy oceniłem go na 7/10. Ale przy tej całej twojej krytyce spodziewałem się jakiejś, niższej niż 6, oceny.
sorry za lekki bajzel w pozyższym poście, poprawiałem pewne zdania i jakieś pojedyncze słowa najwyraźniej zostały po poprzedniej wersji.
ach, jestem zmęczony:p
Teledyski kręcił Michael Bay. Tony Scott działa czynnie cały czas w świecie reklamy. Różnica jest kolosalna: o ile Michael Bay jest niemiłosiernie stargetowany na Bravo Girls and Boys i stawia wybitnie na sam wygląd wizualny o tyle Scott wyraźnie idzie w kierunku podkreślania kluczowych emocji poprzez obraz, dźwięk i montaż. Osobiście wiele scen z filmów Scotta uważam za najlepiej zmontowane rzeczy jakie kiedykolwiek widziałem. Żaden facet w świecie filmu nie ma takiego wyczucia "rytmu" i tempa jak on.
Bardzo ciekawa dyskusja.
Dla mnie obraz ma wiele wymiarów, co pozwala na różnorakie teorie i interpretacje. A takie filmy lubię najbardziej.
Człowiek z brudną przeszłością, która doprowadziła go na samo dno (alkoholizm, próba samobójcza). Dokonał się jednak podwójny cud - pocisk nie wypalił i Creasy nie zabił się (był to ewidentny znak i wiadomość z Góry: "Daję ci życie - pilnuj tego dziecka") oraz spotkanie z dziewczynką, które, w połączeniu z poprzednim cudem, nadało sens jego życiu.
W momencie jej porwania wszystko runęło. Sedno jego życia rozpłynęło się. Pamiętajmy, że Creasy myślał, że dziecko nie żyje. Nie miał nic do stracenia. Chciał rozwalić bandę przestępców, całą ich hierarchię. Przecież był świadom tego, że może stracić życie. Czy była to kolejna próba samobójcza? A może człowiek, który odzyskał nadzieję znów się stoczył, wracając do tego, co tak bardzo zrujnowało mu życie - do zabijania? Są to pytania otwarte. Zmienił taktykę dopiero gdy udowodniono mu, że dziecko przeżyło. Wówczas jego cel uległ zmianie - chciał uratować dziewczynkę za wszelką cenę.
Wciąż, przy okazji trudnych sytuacji, w których znajdują się bohaterowie, a szczególnie w momencie gdy tracą nadzieję - sięgają po Biblię. Robi to i Creasy i matka dziecka. Istotnym motywem jest także medalik ze św. Judą Tadeuszem, który Pita dała swemu ochroniarzowi. Nie domówił, przyjął prezent. Jest to wymowny znak dotyczący jego świadomości i samooceny - jestem w beznadziejnej sytuacji, jestem na dnie. Również na samym końcu, gdy Creasy umiera ma medalik w ręku, tak jakby prosił św. Judę o wstawiennictwo czy chciał się czegoś "chwycić" i psychicznie i duchowo. Zakrwawiony medalik to znak bardzo wymowny.
Jest też obrazoburcza scena, w której rodzice Pity uprawiają seks, odwróceni tyłem do ołtarza z Matką Boską i ogromnego krucyfiksu. Czy nie świadczy to o ich obojętności na wiarę? A może to człowiek z brudną przeszłością jest bardziej refleksyjny niż oni? Przecież sam ojciec dziecka był wmieszany w jego porwanie. Matka opamiętała się "religijnie" dopiero po fakcie (sięgnęła wówczas po Pismo Święte). A życie za dziecko oddał właśnie Creasy, nikt inny.
Co do montażu - jest jeden z ogromnych plusów tego filmu. Chaotyczny, drżący, "nie wymuskany" obraz wprowadza w parny klimat Meksyku, gdzie przemoc oraz bezprawie są na porządku dziennym. Może właśnie Creasy chciał w końcu zaprowadzić "porządek". W jednej ze scen daje do zrozumienia, że szkoda, iż jego ofiara (skorumpowany szef wydziału zajmującego się porwaniami) nie ma więcej czasu. Niejako stwierdza, że każdy miał czas aby żyć "po Bożemu". Pełni rolę anioła śmierci, "ułatwiając" spotkanie z Bogiem. Wiedząc, że prawie każdy ma brudne sumienie i jest wmieszany w sprawę chce załatwić ją po swojemu, doprowadzić ją do końca. Nie chce pozostać bezsilny. Tak jakby miał do spłacenia dług wobec dziecka, dzięki któremu zaczął odnajdywać sens życia, które to dziecko miał chronić.
Wciąż obecny jest obraz niewinnego dziecka i całego brudu, który je otacza. Brutalności i przemocy panujących w mieście, ale także okrucieństwa samego Creasy'ego. Wydaje się, że jego "metody" mają uderzać w naszą wrażliwość, budzić odrazę, itp. Zło rodzi zło. Widać to wyraźnie w jednej z końcowych scen, kiedy matka dziecka musi trzymać pistolet wymierzony w brata głównego szefa gangu a na jej twarzy maluje się rozpacz i osobista tragedia, tak jakby myślała "Co ja tutaj robię, dlaczego musi tak być; chcę tylko odzyskać moje dziecko i żyć w spokoju; po co to wszystko."
Tak, po seansie nasuwa się bardzo wiele pytań. A każdy odpowiada na nie opierając się na własnym punkcie widzenia, na osobistych wrażeniach i przemyśleniach.