Kiedy zorientowałam się, co tak naprawdę jest tematem filmu i co to znaczy minghun czułam odrazę która nie opuszczała mnie długo po obejrzeniu go. Jprdl.. co to jest za tradycja jakby sama śmierć dziecka nie wystarczyła do dramatu. Jak można dopuszczać do tak chorej praktyki? A co jeśli kochankowie ( jak w tym przypadku) nie umrą jednocześnie? Jak można ożenić przypadkowego trupa z innym przypadkowym trupem bez zastanowienia się nawet nad faktem czy moje dziecko by tego chciało? Co to za chora religia i odrażająca tradycja? I co z tego że filmowi nie można odmówić mocnych momentów, bo faktycznie zdjęcia są tutaj przepiękne a Marcin Dorociński jest wiarygodnym ojcem bolesnym. Jednak - na litość - to nie wystarczy żeby film był dobry.