Film, który niczym łzy kosmitki przybył do kin z odległego świata, by zapłakać nad ludzkością oczami, które pierwszy raz zetknęły się z tragizmem naszego gatunku, tak drapieżnego i wrażliwego zarazem. Glazer ma rzadkie wyczucie formy, potrafi bowiem użyć jej do uchylenia okna, które wychodzi na subiektywne doznania bytu. Gramatyka filmowa jest przy tym pomyślana od zera i dostrojona do chemii obcego nam organizmu, który przechodzi przez najbardziej doniosły proces - narodziny empatii, a więc duszy. I nagle wiele nas z kosmitką łączy: istnienie ułamkowe; cielesność, która wystawia do wiatru; środowisko, które pochłania i które uczymy się czytać poprzez miejsce, jakie w nim zajmujemy, i ludzi, z którymi dzielimy drogę. Mieści się w tym obrazie dużo - sci-fi, dokument, horror. Jest liryzm, czuła impresja, ale też drapiąca namacalność świata z poziomu chodnika. I w końcu: groteska obrazów tak upiornych, osobliwych, że wyglądają, jakby namalował je Francis Bacon po zwiedzaniu głębi oceanów.