FilmTitle(title=Nić widmo, country=PL, lang=pl, attributes=0)
FilmTitle(title=Pod skórą, country=PL, lang=pl, attributes=0)
$poster.alt

"13 filmów na 130 lat kina" - moje głosy

Lista klasyczna

13 tytułów
Projekt Muzeum Kinematografii w Łodzi z 2025. Załączyłem notkę do każdego tytułu. Jak w każdym takim głosowaniu mogłem połowę tych tytułów równie dobrze wymienić na inne, ale taki akurat miałem humor gdy wypełniałem.
Zawiły obraz miłości jako ciągłej negocjacji z cudzym (i swoim) szaleństwem. O tym, że między dwiema zakochanymi osobami powstaje niepojęty dla innych układ sił i rytuałów; własna logika związku, która komplikuje podział na akty troski i akty dominacji. Najważniejszym testem okazuje się zrozumienie słabości ukochanej/go - to piękny, romantyczny gest Andersona w filmie kunsztownym jak klasyczny melodramat Leana i zarazem osobliwym, bogatym w mrok, haftowaną perwersję, rozbrajający humor i gotycko-bajkową podszewkę. Dialogi są tak pamiętne, że zawisają w powietrzu jak wonne opary w kuchni.
Film, który niczym łzy kosmitki przybył do kin z odległego świata, by zapłakać nad ludzkością oczami, które pierwszy raz zetknęły się z tragizmem naszego gatunku, tak drapieżnego i wrażliwego zarazem. Glazer ma rzadkie wyczucie formy, potrafi bowiem użyć jej do uchylenia okna, które wychodzi na subiektywne doznania bytu. Gramatyka filmowa jest przy tym pomyślana od zera i dostrojona do chemii obcego nam organizmu, który przechodzi przez najbardziej doniosły proces - narodziny empatii, a więc duszy. I nagle wiele nas z kosmitką łączy: istnienie ułamkowe; cielesność, która wystawia do wiatru; środowisko, które pochłania i które uczymy się czytać poprzez miejsce, jakie w nim zajmujemy, i ludzi, z którymi dzielimy drogę. Mieści się w tym obrazie dużo - sci-fi, dokument, horror. Jest liryzm, czuła impresja, ale też drapiąca namacalność świata z poziomu chodnika. I w końcu: groteska obrazów tak upiornych, osobliwych, że wyglądają, jakby namalował je Francis Bacon po zwiedzaniu głębi oceanów.
Film Kubricka zaczyna się jako farsa z dystansem spoglądająca na często daremny kociokwik losu. Na śmieszność i dziwność naszych obyczajów, osobistych ambicji, pasji i naiwnych decyzji, które sumują się w życie pełne głupich paradoksów. Lecz potem następuje mały cud. W narratorze budzi się odruch współczucia - być może nie sposób tak długo śledzić losu Lyndona i nie odczuwać bólu - i wraz z nim opuszczamy bezpieczny schron ironii. Film jest bowiem wielką tragedią ludzkiego ducha. Złamał mi serce fakt, że kiedy Barry był nikim, nogi rwały naprzód, a krew w żyłach huczyła; pieśń o życiu, które go czeka. Kiedy zaś osiągnął upragniony status okazało się, że najokrutniejszy zakręt jest nadal przed nim; że dołączy do przepychu jako półżywa figura, z której ciurkiem ulatuje wola. Odurzająca forma (mój rekord gęsiej skórki na seansie) jest przewrotna, pełna napięcia: tak, piękno budzi tu zachwyt, ale koduje też opresję. Uwrażliwia zmysł widza, ale balsamuje pustkę i rozpacz Barry'ego.
W pełni trafiony polski plakat oddaje sedno tego arcydzieła australijskiego kina - diabły to postacie wielogłowe i chłonne, a ich piekłem rządzi żywioł wytapiania. W zetknięciu z nim do cielska dołącza kolejny łeb. Lepki, duszący koszmar o jednostce usidlonej w nędznej imitacji międzyludzkich więzi; w systemie, który nawet serdeczność obrócił we wrogi akt przymuszenia. Film uderza w błędnik ze spotęgowaną siłą słońca i spirytusu: otoczenie w nim jest przedstawione w sposób tak opresyjny, taktylny i hiperrealny, że nie zostawia złudzeń co do puenty. Wszyscy jesteśmy podatni na wpływy miejsca.
Film stąpający po kruchym lodzie realizmu, pod którym przelewają się ciemne, miękkie wody majaków, życia na skraju wyczerpania. Mój ulubiony noir - o ponadczasowej figurze człowieka, który wypadł poza porządek świata, i o świadomości szukającej wyjścia z labiryntu, jaki stanowią ostatnie godziny życia. Na zawsze zapamiętam sceny, w których śnieg padał cicho na stare ulice, na ludzi niosących bezinteresowną pomoc i ludzi wykonujących bezlitosne rozkazy; wreszcie śnieg sypiący na rannego uciekiniera po długiej, nocnej odysei, i na dowody jego walki o wolność.
Nawiedzony film. I jedyny horror, który nastraszył mnie tak, że przestałem oglądać filmy na miesiąc. Przebrany za kryminał, jest hipnozą utkaną z sugestii, niewyraźnych konturów i potencjału do czynienia zła, który zdaje się czaić w podświadomości każdego cywila. To historia opowiedziana w szczególny sposób - wślizguje się bowiem w ową podświadomość jak pozostałości po złych snach. Jako trans doprowadzony jest do perfekcji - kąt widzenia, cięcie montażowe, drugi plan, dźwięki w tle, wszystko infekuje lękiem przed manipulacją. U Kurosawy to centymetry dzielą przestrzeń w kadrze od otchłani tuż za polem widzenia.
Intelektualnie prowokujący świat Kubricka spotyka dziecięce spojrzenie, którego zachwyt zapisał w oku kamery Spielberg. Ta paradoksalna hybryda odbija w sobie paradoksalny temat: baśń o sterylnej miłości nieprawdziwego chłopca. Film opowiada nie tylko o tym, jak nieludzki jest model oddania totalnego i pozbawionego samoregulacji. Pyta: co to znaczy posiąść, stracić i dojść do ściany. I czy potrafimy dostrzec samych siebie w porzuconej istocie, która tak pragnęła zostać rozpoznaną i pokochaną, że dopiero iluzja powrotu w objęcia matki wyciszyła jej najgłębiej egzystencjalne lęki? Finał to cios - jeśli ślad człowieczeństwa przetrwa w maszynach, będzie życzeniem skierowanym do martwych wróżek; będzie śnieniem na jawie i okłamywaniem się w duchu. Sugestia jest po kubrickowemu niewygodna: schedą po naszym ekstremalnym postępie będzie eutanazja, tylko że udoskonalona na wzór sztuki, którą należy odegrać, by zasnąć na zawsze. Film w tym odnajduje ludzki pierwiastek: w śnieniu na progu zagłady
"Każda historia miłosna jest też historią o duchach", pisał znany amerykański autor. "Zawrót głowy" jest arcydziełem, które uchwyciło tajemnicę bezwładnego afektu miłosnego. To akt widzenia, odtwarzania i gonienia za nieuchwytnym. A w wariacji patologicznej - ubieranie zjawy w ciało, które nie sposób ożywić. Oglądając czułem się, jakbym współdzielił wzrok bohatera. Padłem też ofiarą podobnego zaklęcia, co on - śledzone obrazy przekleiły mi się do oczu. Najdoskonalszy mariaż Hitchcockowej historii, która dba o suspense i wartość wrażeniową, z jego nadprzyrodzonym zmysłem audiowizualnym; otwieraniem czysto filmowej przestrzeni chwytającej mentalny syf jak filtr.
Fascynujący kryminał, który nie szuka satysfakcji dla widza z przebiegu śledztwa. Przeciwnie, jest wybitnym obrazem bezradności w obliczu zła; chaosu i niemocy w sprawach tak fundamentalnych, jak poznanie prawdy o drugiej osobie, by odpowiedzieć na stare, podstawowe pytanie: "kto mógłby dopuścić się takich zbrodni?". Tylko Bong potrafi złączyć tonację mitycznej tragedii z realną grozą, kwaśną krytyką systemową i... komedią kina niemego, by nie było widać żadnych szwów. Film jest zwarty, gęsty i porusza się naprzód gładko jak za cięciem nożyczek. Skupiony na procedurze śledczej, naszpikowany pozornym zbliżaniem się do prawdy, zawiązuje żołądek w supeł na 120 minut. Ten film i Zodiak Finchera to dwa przykłady śledztw, które wciągają mnie bez reszty.
Coś
1982
Grupa ludzi, ekstremalny krajobraz oraz idealny naśladowca. Filmowa pigułka paranoi tego świata - nieufności, która buduje mury między podobnymi do siebie ludźmi, ponieważ każdy z nich przeczuwa, że coś obscenicznego kryje się za znajomą powłoką. Carpenter proponuje horror: co jeśli paranoicy mieliby rację i za maską kolegi z pracy znajdziemy obcego impostora? Oglądając pierwszy raz czułem, że jestem zamknięty tam, z nimi, na stacji badawczej w sytuacji absolutnego impasu. Że nieważne, czy spojrzę z namysłem w oczy bohaterów, te rzekome okna do wnętrza ludzi, i tak nie poznam ich natury. Absolutny top kina immersji i grozy, która uczepiła się mnie niemal dwie dekady temu i nadal rezonuje. Dosłownie niedawno śniłem o doskonałych kopiach kundli, które podszywają się pod mojego psa.
Chaos
1984
Wykwintna, włoska mozaika wielu gatunków, które opowiadają o różnych aspektach ludzkiej kondycji. Łączą je mity i szkatułki pamięci na zawsze związane z ziemią, w której dalej tkwią korzenie historii. Film jest niesłychanie wrażliwą medytacją nad łapaniem kontaktu ze źródłem, które tkwi u sedna naszych narracji i interesów serca. Finałowa scena spotkania z duchem matki jest tym rzadkim rodzajem filmowej eureki, który odbiera mowę i sprawia, że nie można zapomnieć o jego wydźwięku; o uchwyceniu spraw emocjonalnie znamiennych, lecz trudnych do opisania słowami. Zaś musicalowa scena tańca wokół wielkiego dzbana zadziałała na mnie jak najlepsze szanty na upitego marynarza - pierwotny rytuał odbierany trzewiami i jednocześnie akt filmowego czaru, który omija intelekt, by uwolnić dopaminę szarpnięciem.
Nigdy wcześniej ani później nie miałem bielszych kostek od trzymania kciuków za bohatera. Truman Show przyszpilił to uniwersalne poczucie mglistego niepokoju w życiu codziennym - wrażenie, że "coś nie gra" i że wszystko zaprojektowane jest przeciwko człowiekowi i jego próbom utrzymania psychiki w dobrej kondycji. To genialny koncept i esencjonalny przykład narracji o ludzkim dążeniu do prawdy, wolności. Truman w końcu ryzykuje wszystko, w tym komfort, bezpieczeństwo i akceptację, by przekroczyć konstrukt, w którym żyje. Współcześnie, rzecz jasna, niemal wszyscy po trochu żyjemy w podobnych konstruktach. I wierzę, że kiedy Weir pokazuje bolesny proces, w którym Truman opuszcza fikcję, by przejść od życia udawanego do życia na serio, ofiaruje nam coś cennego. Jest więc podwójnym skarbem dla maniaków filmowych: jako arcydzieło, ale i ostateczny reality check skierowany do każdego, kto powinien czasem opuścić świat srebrnego ekranu.
Cytując Orsona Wellesa - "nawet głaz zapłakałby przez ten film". Wyniszczający melodramat ze starego Hollywood. Czułym okiem przygląda się związkowi miłosnemu, który musi stawić czoło sytuacji bez wyjścia. Cichy, ludzki i uważny obraz tego, jak społeczne lekceważenie seniorów stwarza destrukcyjne dla nich okoliczności i popełnia wielki, wielki grzech - uniemożliwia kontakt kochającym się ludziom. Jako jedyny na liście oglądany tylko raz - trudno bowiem ponownie wejść na tory po zderzeniu z pociągiem. Jest w tym filmie jednak rodzaj uczciwości i czystości, który wynosi go daleko ponad poziom wyciskaczy łez. Daje poczucie obcowania z fragmentem cudzego życia w tak kruchym, wrażliwym i intymnym czasie, że odniosłem surrealne wrażenie, jakby to wszystko przytrafiło się mi, tylko w innym życiu.