Rozmawiamy z reżyserem "Minari", Lee Isaakiem Chungiem

Filmweb, Filmweb / autor: /
https://www.filmweb.pl/news/Rozmawiamy+z+re%C5%BCyserem+%22Minari%22%2C+Lee+Isaakiem+Chungiem-142809
Rozmawiamy z reżyserem "Minari", Lee Isaakiem Chungiem
źródło: materialy promocyjne
Już w najbliższy piątek do kin trafi jeden z ważniejszych filmów ubiegłego roku – zwycięzca festiwalu Sundance, nagrodzony Złotym Globem oraz Oscarem dramat "Minari". To historia koreańskiej rodziny, która w pogoni za amerykańskim snem przenosi się do Arkansas i zakłada farmę. O kulisach realizacji filmu mieliśmy okazję porozmawiać z jego reżyserem, Lee Isaakiem Chungiem.

GettyImages-1314409665.jpg Getty Images © Pool


***

Twój film uczy, że nadzieja przychodzi do nas czasem w najmniej spodziewanym momencie, a każdy kryzys jest jednocześnie szansą na to, by zmienić swoje życie na lepsze. Zawsze byłeś takim optymistą czy raczej nauczyłeś się tego z wiekiem?


Odkąd pamiętam, byłem osobą, która widziała szklankę do połowy pełną. Nawet w najmroczniejszych momentach swojego życia. Wydaje mi się, że tak długo jak nie pozwolimy swoim marzeniom umrzeć, wszystko będzie w końcu dobrze. Wystarczy spojrzeć na moją rodzinę. Życie poddawało nas nieustannym próbom. Wiele razy wydawało się, że zmierzamy w kierunku katastrofy. Pandemia koronawirusa także nas doświadczyła. Ubiegły rok okazał się dla nas bardzo trudny. Myślę jednak, że był potrzebny, byśmy sobie przypomnieli, iż potrzebujemy się nawzajem. Pragnienie sukcesu i chwały nie jest czymś złym, ale też nie powinno nas definiować. Świat ma się w tej chwili nie najlepiej, ale jako opowiadacz historii uważam, że taki stan rzeczy daje asumpt do tworzenia ciekawych fabuł z fascynującymi zwrotami akcji. Zarówno w sztuce, jak i w życiu wierzę w zwroty akcji.

W "Minari" wracasz do czasów swojego dzieciństwa. Spędziłeś je wraz z siostrą oraz rodzicami – imigrantami z Korei Południowej – w Arkansas w maleńkim miasteczku Lincoln. Zastanawiałeś się kiedyś, na ile twoje doświadczenia z lat 80. różnią się od doświadczeń koreańskich chłopców dorastających we współczesnej Ameryce? I czy historia, którą opowiadasz w filmie, mogłaby się wydarzyć współcześnie?

To ciekawa sprawa. Nigdy o tym nie myślałem. Przede wszystkim trzeba pamiętać, że pokolenie moich rodziców należało do pierwszej fali azjatyckich imigrantów, którzy zostali wpuszczeni do Stanów Zjednoczonych po II wojnie światowej. Wcześniej przez dekady władze USA zabraniały wstępu przybyszom z Azji. Ta polityka zmieniła się dopiero w latach 70. Mój tata nie chciał mieszkać w wielkiej metropolii. Wolał osiąść na prowincji. Sęk w tym, że wtedy nie było tam żadnych Azjatów. Znaleźliśmy się więc w całkowicie obcym świecie. Syn mojej siostry po obejrzeniu "Minari" zapytał mnie, dlaczego bohaterowie mówią sobie takie dziwne rzeczy, dlaczego tak się zachowują. To było dla niego jak science fiction. Siostrzeniec ma rodziców, którzy wychowali się w USA. Ma też przyjaciół z azjatyckimi korzeniami. Nie musi więc borykać się z problemami, z którymi zmagałem się 40 lat temu. Dlatego wydaje mi się, że historia, którą opowiadam w "Minari", nie mogłaby się dzisiaj wydarzyć.  

Opowiadając historię inspirowaną własnym dzieciństwem, bardzo łatwo było poddać się nostalgii. Nie obawiałeś się, że będziesz idealizować przeszłość?

Jedną z ważnych inspiracji przy tworzeniu "Minari" było dla mnie "400 batów" Truffauta. To autobiograficzny film, ale oglądając go, nie myślimy o tym, że oto Truffaut dzieli się z nami swoimi osobistymi doświadczeniami. Opowieść staje się autonomiczna względem jej twórcy. Nie chciałem, żeby "Minari" było autobiograficzną historią Lee Isaaca Chunga. Chciałem stworzyć filmową rodzinę, która nie będzie kopią mojej rodziny. Ekranowa familia miała funkcjonować na własnych prawach. Dlatego na samym początku prac nad scenariuszem nadałem członkom rodziny nowe imiona. Później na planie zdjęciowym bardzo pilnowałem, aby nie popaść w sentymentalizm. Nie wiem jednak, czy udało mi się zachować dystans. Ta historia jest dla mnie nadal bardzo osobista.


Czy twoim zdaniem amerykański sen oraz sen imigrantów przybywających do Ameryki są ze sobą tożsame?

Nie jestem pewien. Mam wrażenie, że każdy kto mieszka w tym kraju, ma własną wizję amerykańskiego snu. W efekcie nikt już nie wie, czym ów sen naprawdę jest. Wiem za to, czym powinien być: dążeniem do tego, aby było jak najwięcej równości i demokracji. Zwłaszcza teraz, gdy kraj jest tak rasowo zróżnicowany. Mieszkam w Los Angeles, gdzie tę różnorodność widać na każdym kroku. Kiedy ludzie wspierają się nawzajem wewnątrz swojej społeczności, to sen spełnia się. Mówił o nim przed laty Martin Luther King. Ten sen sprawił, że moi rodzice wyemigrowali z Korei do Stanów Zjednoczonych. Miał więc wpływ na całe moje życie.

Główny bohater "Minari", grany przez Stevena Yeuna Jacob, stara się być głową rodziną w tradycyjnym rozumieniu: chce zapewnić bliskim dobrobyt i zadbać o ich przyszłość. Cały czas dręczy go jednak poczucie, że nie dorasta do tej roli. W efekcie robi się coraz bardziej sfrustrowany. Masz poczucie, że twój film wpisuje się w dyskusję na temat współczesnego kryzysu męskości?

Był w moim życiu moment, gdy czułem się tak samo jak Jacob. Miałem poczucie, że nie jestem w stanie sprostać oczekiwaniom, jakie wiążą się z rolą ojca i męża. Jacob na pewno kocha swoją rodzinę. Wydaje mu się jednak, że najlepszym dowodem miłości do bliskich będzie zapewnienie im dobrobytu. Sęk w tym, że to nie jest prawdziwa miłość. Miłość jest czymś znacznie głębszym. Sam długo o tym zapominałem. Pogoń za karierą w przemyśle filmowym była dla mnie ważna do tego stopnia, że rodzinę spychałem na drugi plan. Po latach poczułem, że muszę się w "Minari" zmierzyć z własnymi błędami. Jacob chce być bohaterem w oczach swoich bliskich. Z pewnością ma dobre intencje. Problem w tym, że prowadzą go one w bardzo mroczne miejsce. Musi stracić wszystko, aby odkryć, co jest naprawdę ważne.


W wywiadach wspominałeś, że przed "Minari" byłeś gotów porzucić marzenie o karierze w przemyśle filmowym. W pewnym momencie opuściłeś nawet Stany Zjednoczone i przeprowadziłeś się z rodziną do Korei Południowej. Co było powodem wyjazdu? Niemożność znalezienia pieniędzy na film? A może przesłanki miały bardziej osobisty wymiar?

Pieniądze z pewnością były jednym z powodów. Czułem także głęboką odrazę do scenariuszy, które pisałem. Wydawało mi się, że jestem strasznym autorem. Było we mnie mnóstwo frustracji. Najgorsze jest to, że wszystkie moje złe humory musiała znosić rodzina. Dawałem im odczuć, że jestem nieszczęśliwy. W pewnym momencie poczułem, że mam dosyć i muszę znaleźć spokój. Postanowiłem skupić się na życiu. W Korei udało nam się osiągnąć stabilizację. Moja żona i córka radziły sobie świetnie. Pamiętam, jak mój producent powiedział mi, że jeśli studio A24 nie wesprze realizacji "Minari", to film nigdy nie powstanie. Gdy minął termin ich odpowiedzi, poczułem... wdzięczność. Zrozumiałem, że mam rodzinę i dobre życie. Że nie potrzebuję tego filmu. Oczywiście A24 w końcu się odezwało i projekt doszedł do skutku. To uczucie wdzięczności przeniosło się jednak do "Minari". Jacob przechodzi przez to samo, przez co ja przechodziłem. Realizując ten film, po raz pierwszy poczułem, że można mieć jednocześnie ustabilizowane życie prywatne i zawodowe. Marzenie spełniło się. Czy w ten sposób spełnił się także mój amerykański sen? Z pewnością dostąpiłem łaski. Dziękuję wszystkim, którzy byli ze mną przez cały ten czas.
Udostępnij: