Recenzja filmu Miłość i hazard (2017)
Gábor Herendi

Ósmy cud Węgier

Na pierwszy rzut oka widać, że "Miłość i hazard" powstał z potrzeby krzewienia narodowej dumy i podnoszenia lokalnych morale. Ze sporym zastrzykiem gotówki z Narodowego Funduszu Filmowego i ...
Filmweb sp. z o.o.
Kiedy my szczycimy się cudem jasnogórskim i cudem nad Wisłą, Węgrzy znowu zawstydzają wszystkich – stają w narodowe szranki z cudownym koniem, ikoną na miarę psa Łajki i fińskiego trolla. Klacz Kincsem (dosłownie: "Mój skarb") to najszybsza wyścigówka w historii: w latach 1874-1887 wygrała 54 gonitwy (na 54, w których brała udział), zyskując status bogini hazardzistów i ulubienicy samego cesarza Austro-Węgier Franza Josepha. Postawiono jej pomnik w centrum Budapesztu, a teraz uczyniono główną bohaterką tak zwanej "superprodukcji historycznej". Na pierwszy rzut oka widać, że "Kincsem" (w polskiej dystrybucji pod tytułem "Miłość i hazard") powstał z potrzeby krzewienia narodowej dumy i podnoszenia lokalnych morale. Ze sporym zastrzykiem gotówki z Narodowego Funduszu Filmowego i wsparciem rządu, film powiela wszystkie największe błędy taniego kina patriotycznego – usiłuje zadowolić wszystkich, mieszając prostą (a miejscami zwyczajnie tandetną) rozrywkę ze schematami kina gatunków i nachalnym dydaktyzmem. Nawet jeśli pieniądze pozwoliły zastąpić część strzechy dachówką, wciąż mamy do czynienia z tym samym produkcyjnym skansenem. 


Superszybka klacz nie jest więc po prostu koniem sportowym, ale – jak się nam od początku wtłacza wielką scenariuszową chochlą  – symbolem niepodległych Węgier i narodu, który najwyżej ceni niezależność i przed nikim nie ugina karku. Autentyczną historię Kincsem wrzucono w fikcyjne ramy i to w takim sposób, żeby wydźwignąć na pierwszy plan rywalizację węgierskich środowisk niepodległościowych ze zwolennikami CK Monarchii. Młody hrabia Erno Blaskovich jako dziecko był świadkiem wstrząsającej sceny: na jego oczach zginął ojciec, zastrzelony przez dawnego przyjaciela – Otto von  Oettingena – w ramach kary za udział w rewolucyjnym spisku przeciwko cesarzowi. Rodzinna posiadłość przechodzi w ręce rodu von Oettingenów – zauszników Habsburga – a Erno – już jako dorosły facet – wiedzie życie pariasa: tuła się po burdelach, za dużo pije, uprawia miłość w operach i na proszonych balach. Obstawia także gonitwy, na czym traci resztki majątku i wpada w długi. To wtedy ten fanatyk koni wyścigowych zaczyna się interesować Kincsem – klaczą narowistą i chorującą na reumatyzm, którą na aukcjach wycenia się nisko i nie daje żadnych szans na torze. Inwestycja jest oczywiście strzałem w dziesiątkę – zarówno biznesowym, jak i patriotycznym. A w tle same hity – miłość do córki znienawidzonego wroga oraz spisek wąsatego "z Bożej Łaski" cesarza Franza Josepha ("Nie oddam Węgier za konia!"). 

I nie jest nawet tak, że "Miłość i hazard" atakuje dydaktyczną nudą z jakąś żarłoczną intensywnością. Twórcy zadbali, żeby flagowa narodowa "superprodukcja" czerpała z najbardziej sprawdzonych źródeł – kina płaszcza i szpady, salonowego romansu, westernu, operetki. Dużo w tym wszystkim czysto sportowych emocji – kolejne gonitwy śledzimy z zapartym tchem, mimo że wynik od początku jest przesądzony, a nachalne slow motion raz za razem psuje czyste powietrze. Jeśli pojedyncze momenty autentycznie cieszą i wciągają, to już dwie godziny oglądane jako całość tchną rzemieślniczą tanioszką. Są jak spektakl teatralny wystawiony w gmachu muzeum – kostiumy i scenografie dopieszcza się z nabożną czcią, bokobrody kroi pod epokę, a my i tak wietrzymy gigantyczną ściemę, bo w czyjejś kieszeni właśnie dzwoni komórka, a za ścianą dudni autobus. Nawet cyfrowo zrekonstruowane XIX-wieczne metropolie emanują cukierniczym kiczem – przywodzą na myśl pudełka bombonierek zakupione na lotnisku w Wiedniu, prezent dla ukochanej babuni. 


"Miłość i hazard" to więc nie tyle pełnokrwiste kino kostiumowe, co jarmarczna rekonstrukcja historyczna, która traci dramaturgiczny impet po mniej więcej godzinie seansu – to wtedy zaczynamy się gorączkowo rozglądać za kolejną atrakcją do odhaczenia i watą cukrową do skonsumowania. A tych brak – tak jak brak nowoczesności, życia, filmowej energii. I jest to niestety wielki problem populistycznej wyobraźni – zbyt nabuzowanej narodowym sterydem, żeby przeliczać własne zamiary na twardą walutę możliwości. A jako że nasza kultura lubi ostatnio hardo spoglądać w stronę Węgier, apeluję – nie idźmy tą drogą. Kolejnych historycznych tanioch możemy już nie przeżyć.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (9 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 4/10 ujdzie