Recenzja filmu Pierwszy człowiek (2018)
Damien Chazelle

1969: Odyseja kosmiczna

Dzieło Chazelle'a można czytać jako opowieść o ponadczasowym pragnieniu transgresji, które od tysięcy lat popycha ludzkość w kierunku postępu. To również historia o tym, jak cienka bywa granica ...
Filmweb sp. z o.o.
Równo dwa lata po tym, jak od światowej premiery na festiwalu w Wenecji rozpoczął się triumfalny marsz "La La Landu" przez kina, Damien Chazelle powrócił na Lido z kolejnym dziełem. Pozornie "Pierwszy człowiek" może wydawać się otwarciem nowego rozdziału w karierze najmłodszego zdobywcy Oscara za reżyserię. Po nakręceniu trzech autorskich filmów muzycznych 33-latek zrealizował według cudzego scenariusza biografię astronauty Neila Armstronga. Nietrudno jednak zrozumieć, czym uwiodła go historia legendarnego zdobywcy kosmosu. Ekranowym Armstrongiem - tak jak Andrew z "Whiplash" oraz Sebastianem z "La La Landu" - steruje niepohamowana ambicja, która każe mu przeć do celu bez względu na koszty. W efekcie cierpią jego najbliżsi, zaś on sam z własnej woli skazuje się na samotność. Jeśli więc spodziewaliście się patriotycznej agitki, filmowego pomnika odsłoniętego z okazji zbliżającej się 50. rocznicy lądowania Amerykanów na Księżycu, przygotujcie się na pozytywne zaskoczenie. Niespodzianek, jakie mają w zanadrzu twórcy tego znakomitego, pełnego paradoksów dzieła, jest zresztą więcej. 

photo.title

Akcja filmu startuje na początku lat 60. Stany Zjednoczone i Związek Radziecki prowadzą zimną wojnę, a jednym z jej kluczowych frontów jest kosmos. Armstrong (Ryan Gosling) pracuje dla NASA jako pilot testowy za sterami samolotów o napędzie rakietowym. Gdy w pierwszej scenie udaje mu się wzbić maszynę na wysokość ponad 30 tysięcy metrów, jego wzrok wyraża spełnienie porównywalne ze szczytowaniem podczas aktu seksualnego. Radość nie trwa jednak długo. Osobista tragedia sprawia, że mężczyzna zamyka się w sobie, budując niewidzialny schron odgradzający go od żony (Claire Foy) oraz syna. Szansą na podreperowanie rodzinnych więzów ma być przeprowadzka do nowego domu. Armstrong zostaje bowiem zakwalifikowany do programu lotów kosmicznych, którego celem jest podbój srebrnego globu. Na "żeglarzy nieba" – jak nazywają astronautów podekscytowane media – czeka jednak szereg niebezpieczeństw. Byle drobiazg może w ułamku sekundy zamienić statek w galaktyczną trumnę.

photo.title

Śmierć będzie towarzyszyć bohaterowi przez większość filmu. Odbierając mu bliskie osoby, zamieni jego życie w traumatyczną wędrówkę wśród cieni. Jednocześnie stanie się jednak paliwem napędzającym go do przekraczania kolejnych granic wytrzymałości. Dzieło Chazelle'a można czytać jako opowieść o ponadczasowym pragnieniu transgresji, które od tysięcy lat popycha ludzkość w kierunku postępu. To również historia o tym, jak cienka bywa granica między heroizmem a niebezpieczną obsesją. "Pierwszy człowiek" najbardziej poruszający wydaje się jednak wtedy, gdy mówi o powolnym i bolesnym procesie radzenia sobie z żałobą. To ciekawe, że wokół podobnego wątku zbudowano fabułę innego widowiska o astronautach – "Grawitacji". O ile jednak Alfonso Cuarón traktował przestrzeń pozaziemską jako scenerię dla spektakularnego kina akcji, twórca "Whiplash" kładzie nacisk na realizm. Nakręcone przez niego sceny lotów kosmicznych, choć nie ma w nich nawet grama hollywoodzkiego efekciarstwa, budzą dreszcz na plecach oraz gotowanie w żołądku. Reżyser skupia się na detalach, dzięki którym udaje się oddać fizyczny znój oraz klaustrofobiczną atmosferę statków. Kamera zawieszona jest zazwyczaj na spoconych, zestresowanych twarzach bohaterów próbujących dostrzec za szybą coś więcej niż bezkresną pustkę.

photo.title

Grający główną rolę Gosling tworzy skupioną, pozornie nieefektowną kreację człowieka, który całe życie skrywał przed światem emocje. Aktorską wizytówką może być moment pożegnania z bliskimi, gdy astronauta odpowiada na pytania synów, jakby brał udział w konferencji prasowej. Ów "nieludzki" rys bohatera udaje się na szczęście przełamać w kilku krótkich, lecz pełnych czułości obrazach z życia rodziny. Wcielająca się w żonę Armstronga Claire Foy wypada znakomicie jako strażniczka domowego ogniska, a zarazem twarda babka, która potrafi przeciwstawić się ważniakom z NASA. Kobieta widzi w programie lotów kosmicznych przede wszystkim zgraję dużych chłopców trzymających w garści zabawki za miliony dolarów. Film stawia pytanie, czy warto ryzykować własne życie oraz pieniądze podatników na realizację tak abstrakcyjnej idei jak podróż na Księżyc. Argumentów przeciw oczywiście nie brakuje, ale Chazelle zdaje się trwać sercem przy gwiezdnych kowbojach. Czyż to nie im oddawała hołd Emma Stone w "La La Landzie", śpiewając o "głupcach, którzy odważyli się marzyć"?

photo.title

Biografia Neila Armstronga powinna wlać także nadzieję w serca widzów, których lękiem napawa gwałtowny rozwój technologii mogących zdominować w przyszłości homo sapiens. Z filmu Chazelle'a bije wiara w ludzkość: w jej hart ducha, rozum i odwagę. Maszyny, choć wszechpotężne, potrafią nawalić w najmniej spodziewanym momencie. Człowiek, choć niedoskonały, wcześniej czy później znajdzie sposób, by temu zaradzić.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 91% uznało tę recenzję za pomocną (189 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 8/10 bardzo dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (5)

zobacz wszystkie