Recenzja filmu Jean-Luc Godard. Imaginacje (2018)
Jean-Luc Godard

Atlas klęski

"Imaginacje" są atlasem obrazów w stanie permanentnego rozkładu. Wszystko się tutaj przenika, rozmywa i nakłada na siebie – epoki historyczne, kadry, dźwięki, słowa. Warstwa audialna bez ustanku ...
Filmweb sp. z o.o.
Palec wskazujący, a następnie taneczna wywrotka. Ten pierwszy otwiera "Imaginacje" (a właściwie "Księgę obrazów", bo tak brzmi oryginalny tytuł filmu), tą drugą się one kończą. Można ów gest interpretować na tysiące różnych sposobów, ale jedno odczytanie jest mi szczególnie bliskie: palec oznacza postawienie w stan oskarżenia, odsłonięcie prawdy, zdarcie zasłony niewinności, wezwanie do działania; potknięcie o własne stopy – utratę wiary w moc sprawczą sztuki, w siłę obrazów, w sensowność aliansu polityki i awangardy. To także schyłek twórczej aktywności, przyznanie się do bezsiły w obliczu ciągłych powrotów tego samego: przemocy, cierpienia, niesprawiedliwości. Historia lubi się powtarzać, a artysta rejestruje nie tyle zmiany i różnice, co analogie. Ideę postępu trzyma na konkretny dystans.

photo.title

Godard kończy w tym roku 88 lat i niczego już nie musi. Ma status żywej legendy, ikony Nowej Fali i filmu artystycznego w ogóle, niekwestionowanego autorytetu filozoficznego, o którym napisano tysiące stron rozpraw naukowych, analiz, krytycznych interpretacji i zwykłych recenzji. Od trzydziestu lat pozostaje wierny tej samej strategii twórczej – z awangardowym nożem rzeźnickim skóruje, okrawa, rąbie i wybebesza już istniejące obrazy: klasykę kinematografii, stare kroniki filmowe, nagrania z YouTube'a, teledyski, klipy reklamowe, malarstwo, fotografię, programy telewizyjne. Kino-eseje Godarda – wizualne strumienie świadomości z poetycko-filozoficznym (a czasami zwyczajnie mętnym) odautorskim komentarzem – to zmora festiwali filmowych. W zasadzie nie da się przewidzieć, jak tym razem "podejdzie" nam nowy JLG. Wszystkie Godardy "niefabularne" są do siebie łudząco podobne, zmontowane w podobny sposób i z podobnych obrazów, a jednak niektóre dają maksimum poznawczej przyjemności, kiedy inne pozostawiają nas w stanie zupełnej obojętności. Ot, brak reguł jako podstawowa reguła awangardowego grania na nerwach.

"Imaginacje" to jednak – przynajmniej w moim odczuciu – jeden z lepszych Godardów. Montaż starych obsesji, ale jakby lepiej użytych, składających się w bardziej niepokojącą, zmysłową i spójną całość, której osią jest filozoficzna i artystyczna refleksja nad statusem współczesnych reprezentacji, a przede wszystkim – nad ich relacją do historii. Godard przygląda się ambiwalencji wpisanej w obrazy wojen, przemocy i uciemiężenia, bada moc sprawczą wizualnych przedstawień Inności, tropi związki między władzą realną a jej reprezentacją symboliczną, istniejącą w propagandzie, sztuce, popkulturze. Centralną figurą, która wyłania się powoli – spośród kipiszu hollywoodzkiej klasyki, kadrów ze "Słonia" Van Santa czy "13 godzin" Michaela Baya, kronik nagrywanych przez bojowników ISIS – jest Arab: ten najważniejszy obecnie "dziki Zachodu", długi cień rzucany na "europejską cywilizację" oraz część wyobrażonego Orientu, który należało podbić i skolonizować dla jego własnego "dobra", z pobudek czysto "humanitarnych". "Imaginacje" to przede wszystkim wielki wyrzut sumienia starego Europejczyka, gest odsłonięcia nie tylko słabości obrazów jako świadków horroru nowoczesności, ale także ich współudziału – aktywnego lub milczącego – w XX-wiecznych masakrach, ludobójstwach i tyraniach. Trudno mieć stuprocentową pewność – mamy w końcu do czynienia z dziełem bezwzględnie otwartym i opartym na luźnych skojarzeniach – w moim odczuciu wizja Godarda jest jednak głęboko pesymistyczna i ikonoklastyczna. Obrazy – mówi nowofalowy Matuzalem – "oczyszczają" i estetyzują wszechobecną nienawiść, a więc zwodzą nas, przesłaniają nieuchronnie zbliżający się upadek, kres cywilizacji, wielką katastrofę. Taki był cały XX wiek, a w XXI zmieniło się wbrew pozorom bardzo niewiele – nastąpił bezprecedensowy przyrost liczby obrazów, lecz nie ich jakości.

photo.title   photo.title   photo.title

Dlatego "Imaginacje" są atlasem obrazów w stanie permanentnego rozkładu. Wszystko się tutaj przenika, rozmywa i nakłada na siebie – epoki historyczne, kadry, dźwięki, słowa. Warstwa audialna bez ustanku ściera się z wizją, trwa w absolutnym desynchronie, podobnie jak żadna wyraźna granica nie oddziela obrazów współczesnych od historycznych, celulozy od megabajtów, analogu od cyfry. Godard rozwala materię reprezentacji, poważnie obniża rozdzielczość, prześwietla klisze albo daje sam negatyw, rwie w połowie sceny, zaciemnia. Czasami zestawia na zasadzie podobieństwa, innym razem jego metoda jest bardziej dialektyczna, punktem dojścia pozostaje jednak swego rodzaju jednoczesność – wizerunki mają przeglądać się w sobie nawzajem, a jedna epoka historyczna rozpuszczać się w kolejnej. Czy taka "strumieniowa" taktyka nie jest łudząco podobna do współczesnych codziennych praktyk obcowania z obrazami? Godard zastanawia się, czy obrazy to bardziej teksty, odbicia rzeczywistości czy narzędzia polityki. I dochodzi do prostego wniosku: obrazy to po prostu my. Niby banał, ale mało kto ma dzisiaj odwagę wypowiadać ponadczasowe prawdy. Warto się więc w ten głos wsłuchać, nawet jeśli starszy znowu okopał się w mało przystępnej formie. Bo nie ma się co oszukiwać – już za chwilę ten oryginalny głos – głos świadka XX-wiecznych klęsk i katastrof – sam stanie się echem historii. Wołaniem nieobecnego. I prawdopodobnie – kolejnym wołaniem na puszczy. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry