Recenzja filmu Bumblebee (2018)
Travis Knight

Bardzo Fajny Garbus

"Bumblebee" to bardzo dobry film o dzielnej i mądrej dziewczynie, walecznym choć zagubionym robocie i o tym, że wszyscy tęsknimy do popkultury lat osiemdziesiątych, której upraszczająca świat ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Bumblebee (2018)
Mój wewnętrzny dzieciak trzymał mnie przy franczyzie "Transformersów" do roku 2011, kiedy to po seansie "Transformers 3" wyszedłem z kina, kuśtykając i dziękując opatrzności za łaskę przetrwania 157-minutowego bryzgu chłopackiej wyobraźni Michaela Baya. Czułem się skopany na miazgę i nie miałem zamiaru rychło ponawiać wizyty w tym uniwersum (tym bardziej że wizualne poletko igrzysk robo-gigantów zagospodarował niewiele później Guillermo del Toro wspaniałym "Pacific Rim").

photo.title

Mimo to po obejrzeniu trailera "Bumblebee" wiedziałem, że chcę ten film zobaczyć – nie tylko dlatego, że z miejsca wyczułem ejtisową nostalgię, na którą rzucam się odruchowo: od "Super 8" po "Stranger Things". Ożywiłem się głównie dlatego, że tytułowy bohater od razu wydał mi się czymś więcej, niż tylko maszyną do efektownej rozwałki.
  
Bumblebee wyróżnia się bowiem nie tylko trzmielim, czarno-żółtym ubarwieniem, ale przede wszystkim spojrzeniem wielkich, szafirowo niebieskich oczu, których lekko trójkątna oprawa układa się w wyraz bezradności i ciepła. Kiedy (niższy od innych transformersów) Bumblebee walczy – a walczyć potrafi, jak na krępego byczka przystało – jego oczy ochraniają wysuwane gogle o fakturze plastra miodu. Ilekroć gogle znikają, spogląda na nas już nie osiedlowy zakapior, a podwórkowy wrażliwiec.

photo.title


"Bumblebee" wyreżyserował Travis Knight, po którego "Kubo i dwóch strunach" długo musiałem zbierać szczękę z wykładziny multipleksu – tyle było tam piękna. I nawet jeśli drugi pełny metraż w karierze reżysera okazuje się trochę słabszy (i dużo bardziej konwencjonalny), to jest tu wystarczająco dużo narracyjnej i wizualnej energii, by przykryć mankamenty. Ta opowieść o przyjaźni zmagającej się z żałobą po ojcu nastolatki imieniem Charlie (Hailee Steinfeld), której kompanem staje się cierpiący na amnezję rebeliant Bumblebee – ścigany z Cybertronu na Ziemię przez Deceptikonów, wchodzących w chwilowy sojusz z zimnowojenną paranoją amerykańską – jest udaną fuzją "E.T.", "Gier wojennych" i "Bardzo Fajnego Giganta", z pokaźnym arsenałem muzycznych hitów komentujących akcję. Bumblebee uczy się komunikacji za pomocą urywków popularnych piosenek – podobnie, jak niegdyś John Merrick z "Człowieka słonia" czynił z wyimkami z Biblii i Szekspira – i cały film sprawia wrażenie cytatowej mozaiki (której rozszyfrowywanie będzie frajdą dla rodziców płacących za bilety swych pociech).

Osadzenie akcji w roku 1987 sprawia, że Bumblebee wkracza w reaganowską Amerykę trochę na prawach Kaspara Hausera (dzikiego dziecka, nietkniętego ludzką kulturą i uczącego się dopiero jej kodów), a trochę – kontrkulturowego proroka, przywracającego wypartą pamięć buntu lat sześćdziesiątych. Bohater nie tylko zmienia się w Volkswagena "Beetle" – kultowy samochód hippisów, zaanektowany następnie przez wytwórnię Disneya do serii filmów o "garbusku" Herbiem (1968-2005) – ale nawet dokonuje rozwałki sporego domostwa niższej klasy średniej, pełnego gadżetów ułatwiających konsumpcję (od mikrofalówki po sterowany zegarem ekspres do kawy). W filmie zawarta jest wyraźna krytyka lat osiemdziesiątych jako triumfu konsumpcyjnej kultury patriarchalnej, wcielonej przez konformistyczną rodzinę głównej bohaterki, hołubiącej synka jako przyszłego dziedzica i zgodnie wpatrzoną w odcinek "ALF-a": popularnego sitcomu, którym inteligentna i niezależna Charlie (zasłuchana z kolei w Tears for Fears i The Smiths) nie jest zainteresowana. Oczywiście kwestia tego, na ile damy się przekonać krytyce konsumpcjonizmu wyreżyserowanej przez syna założyciela marki Nike, pozostaje otwarta.

photo.title


Jak zawsze w przypadku skrojonej pod wielomilionową widownię popkultury, warto być wyczulonym na jej ideologiczne modelowanie – tutaj obecne w niemal całkowitej deseksualizacji postaci, stanowiącej nerwową reakcję Hollywoodu na niepokoje epoki #metoo. Nawet umizgi ciemnoskórego sąsiada imieniem Memo (Jorge Lendeborg Jr.) zostają zniwelowane do neurotycznego minimum, a Bumblebee nigdy nie staje się wobec Charlie samczym krewniakiem zakochanego King Konga. Zamiast tego pozostaje muskularnym niemowlęciem wymagającym opieki (dzięki czemu umiejętności Charlie jako mechanika samochodowego – stereotypowo "męskie" – nagle okazują się gotowym arsenałem gestów macierzyńskich, tyle że skupionych na mechanicznym bobasie wielkości dwudziestu zawodników MMA). W zgodzie z afirmatywnym duchem polityki tożsamościowej, Charlie jest silną młodą kobietą, mającą stanowić emancypacyjną inspirację dla widowni żeńskiej – dla przyjemności której pięknie umięśniony Lendeborg zdejmuje nawet koszulę (i to na dobrych pięć minut samochodowej przejażdżki, w ramach dowcipnego odwrócenia schematu). Nie jest też przypadkiem, że jedynym rozwalonym dla czystej frajdy homo sapiens jest w "Bumblebee" biały, mieszkający w przyczepie redneck (przedstawiciel tzw. white trash i tym samym, implicytnie, wyborca Trumpa), którego śmierć z ręki Deceptkonów potraktowana jest jako wizualny żart ("Fajnie się rozbryzguje!").

"Bumblebee" to bardzo dobry film o dzielnej i mądrej dziewczynie, walecznym choć zagubionym robocie i o tym, że wszyscy tęsknimy do popkultury lat osiemdziesiątych, której upraszczająca świat naiwność musi w naszej epoce niepewności smakować jak najsłodszy miód. I może nie jest przypadkiem, że Bumblebee przylatuje do nas właśnie teraz, kiedy prawdziwe pszczoły i trzmiele masowo wymierają – o czym na czas seansu filmu Knighta najlepiej jest błogo zapomnieć.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 65% uznało tę recenzję za pomocną (55 głosów).
Michał Oleszczyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)