Recenzja filmu Król Lew (2019)
Jon Favreau
Waldemar Modestowicz

Bezkrólewie

Renoma pierwowzoru w połączeniu z potężnym budżetem oraz dobrze naoliwioną machiną marketingową czynią z dzieła Jona Favreau bezpieczną inwestycję. I właśnie tak się je, niestety, ogląda: niczym ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Król Lew (2019)
Dziś brzmi to jak żart, ale na początku lat 90. mało kto w Disneyu wierzył w sukces "Króla Lwa". Sceptycy byli przekonani, że inspirowany "Hamletem" musical o czworonożnych arystokratach z afrykańskiej sawanny przyniesie wytwórni wielomilionowe straty. Traktowana jako ryzykowny eksperyment animacja Roba Minkoffa i Rogera Allersa okazała się tymczasem najbardziej dochodowym filmem sezonu, zgarniając przy okazji dwa Oscary oraz trzy Złote Globy. W 2016 roku Biblioteka Kongresu umieściła utwór w rejestrze amerykańskiego dziedzictwa narodowego, przypieczętowując w ten sposób jego wyjątkowy status w popkulturze, a także w dorobku studia Myszki Miki. Ćwierć wieku po premierze oryginału hollywoodzki krąg życia zatoczył się. Na podbój ekranów zmierza remake "Króla Lwa", ale tym razem nikt nie wątpi już w powodzenie tej krucjaty. Renoma pierwowzoru w połączeniu z potężnym budżetem oraz dobrze naoliwioną machiną marketingową czynią z dzieła Jona Favreau bezpieczną inwestycję. I właśnie tak się je, niestety, ogląda: niczym zrodzony w tabelkach Excela, solidnie wykonany produkt globalnej korporacji. Pozbawiony większych potknięć, ale również magii, jaką przesycony był pierwszy film.

photo.title

Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że mój odbiór może być zniekształcony przez filtr nostalgii. Należę bowiem do pokolenia, które "płakało po Mufasie" i dla którego oryginalny "Król Lew" stał się jednym z formatywnych doświadczeń dzieciństwa. Nie wykluczam, iż na młodych widzach niemających styczności z filmem z 1994 roku widowisko Favreau zrobi równie duże wrażenie. Zwłaszcza, że reżyser do spółki ze scenarzystą Jeffem Nathansonem nie bawi się w rewizjonizm, tylko kopiuje - chwilami kadr po kadrze - klasyczną animację. "Król Lew" A.D. 2019 to wciąż opowieść o bolesnym pożegnaniu z dzieciństwem, mierzeniu się z dziedzictwem przodków i akceptowaniu cyklicznej natury życia. Dodane sceny - jak ucieczka Nali z Lwiej Skały, matrymonialne zakusy Skazy czy musicalowy przerywnik "Spirit" - nie wnoszą wiele do fabuły. Raczej niepotrzebnie ją rozwadniają.

photo.title

Największe wątpliwości budzi jednak konwencja, w jakiej Favreau zdecydował się przedstawić tę ponadczasową historię. Baśniową umowność zastąpił bowiem realizm rodem z National Geographic. Tam, gdzie autorzy rysunkowego pierwowzoru pozwalali sobie na cudzysłów i szczyptę surrealizmu, twórcy zrealizowanego w całości przy pomocy komputerów remake'u są   boleśnie dosłowni. Różnicę w strategiach artystycznych widać chociażby w scenie, gdy zdradziecki wuj Skaza przy wtórze chóru hien wyśpiewuje swój plan przejęcia władzy nad Lwią Skałą. W filmie Minkoffa i Allersa był to iście wodewilowy numer, w którym można było dopatrzeć się inspiracji twórczością zarówno Busby'ego Berkeleya jak i Leni Riefenstahl. U Favreau mamy jedynie skakanie po skałach. To tak, jakby porównywać Cirque du Soleil z amatorskim zespołem pieśni i tańca!

photo.title

Cyfrowe zwierzęta oraz wyczarowany z pikseli świat flory wyglądają oczywiście niczym milion dolarów. Ekranowa iluzja ekosystemu jest tak doskonała, że chwilami człowiek zastanawia się, dlaczego poczynań bohaterów nie komentuje z offu królowa dokumentów przyrodniczych, Krystyna Czubówna. Cały ten pokaz mocy kart graficznych mógłby szybko zamienić się w jałowy popis, gdyby nie stały za nim angażująca fabuła, wyraziste postaci oraz przebojowe piosenki. Wszystkie te składniki Favreau pożyczył jednak z oryginału. Do stworzonego przez niego duplikatu mam mniej więcej taki sam stosunek jak do Macieja Stuhra i Michała Pieli, którzy w nowym "Królu Lwie" użyczyli głosu Timonowi i Pumbie. Panowie odwalili kawał dobrej dubbingowej roboty jako para gadatliwych, pozytywnie nastawionych do życia kumpli głównego bohatera. Cóż z tego, skoro ich poprzednicy, Krzysztof Tyniec i Emilian Kamiński, byli bezkonkurencyjni.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 77% uznało tę recenzję za pomocną (238 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię