Recenzja filmu Manchester by the Sea (2016)
Kenneth Lonergan

Chłopaki nie płaczą

Kenneth Lonergan zabiera widzów w podróż, która przełamie obojętność każdego. I nieważne, ile Oscarów zdobędzie "Manchester by the Sea" – ważne, jak wiele serc poruszy.
Filmweb sp. z o.o.
Zapomnij o popcornie. Colę też sobie daruj. Nie kręć nosem, przystań na to bez marudzenia. To nie będzie show, ale niepozorny spektakl utkany z codzienności, prywatny kinowy seans. Nie zapomnisz go na długo.

Lee Chandler (Casey Affleck) prowadzi skromne, pustelnicze życie w Bostonie. Któregoś ze zlewających się z sobą dni odbiera telefon – jego brat znów jest w szpitalu. Wsiada do samochodu i rusza w kierunku tytułowego miasta, które obudzi w nim wiele wspomnień…
 
Niełatwo pisać o nowym dziele Kennetha Lonergana. Mimo, że trudne sceny doskonale rozładowano w filmie elementami humorystycznymi oraz bezbłędnie podpatrzonymi w życiu codziennym śmiesznostkami, "Manchester by the Sea" pozostawia widza z pękniętym sercem i głową pełną refleksji. To niezwykle kameralny komediodramat, który umiejętnie sprawdza spostrzegawczość odbiorców. Zgrabnie wplecione w akcję retrospekcje pozwalają dopasować kolejne puzzle fabularnej układanki, a otrzymany obraz ludzkiej tragedii głęboko porusza. Nie ma w tym filmie nutki fałszu, ba! wielokrotnie podczas seansu przemyka przez głowę myśl: Ileż to razy byłem w podobnej sytuacji, czułem się tak samo, miałem ochotę tak zrobić!  
  
photo.title

Przebijający we wszystkich elementach składowych produkcji realizm jest jej największą siłą. Wizualnie "Manchester by the Sea" urzeka zdjęciami, a ujęcia krajobrazów trafnie podsumowują stany emocjonalne postaci. Uczucia podkreślono bezbłędnie dopasowaną ścieżką dźwiękową – od poważnych, ciężkich brzmień w scenie na komisariacie (jednej z najlepszych w filmie) po naiwne, rockowe utwory wprost z prób młodzieżowego zespołu. Powolne tempo akcji idealnie oddaje marazm mieściny, w której wszyscy się znają, a Lee Chandler jest dla mieszkańców postacią legendarną i w dodatku owianą tajemnicą.

Ten rok będzie wyjątkowy dla braci Afflecków. Bardzo możliwe, że w przeciągu 24 godzin każdy z nich otrzyma po statuetce: starszy, Ben – Złotą Malinę (w uznaniu jego gry w "Batman v Superman"), a następnie Casey – Oscara za najlepszą pierwszoplanową rolę męską. Po obejrzeniu komediodramatu Kennetha Lonergana nikt nie będzie miał wątpliwości, czy Nagroda Akademii trafiła do odpowiedniej osoby. Affleck wykorzystuje w swojej grze niezwykle oszczędne środki, idealnie pasujące do odgrywanego bohatera i jego pustelniczego życia. Lee ukrywa wszystkie buzujące w nim emocje tuż pod skórą – dopóki nie przychodzi moment, gdy nieoczekiwanie je rozładowuje. Choć jego kamienna twarz może na początku odrzucać, to właśnie na nim widz skupia uwagę nawet w scenach grupowych.
 
  photo.title

Na szczęście, "Manchester by the Sea" to nie one-man show. Oprócz Afflecka na pochwały zasługuje cały trzon obsady. Świetnie radzi sobie Lucas Hedges w roli bratanka Lee, Patricka Chandlera. Obserwując go, nie mamy problemu z uwierzeniem w postać zagubionego, choć usilnie starającego się robić dobrą minę do złej gry młodego chłopaka. Świetnie szarżuje Michelle Williams w zaskakująco małej, acz znaczącej roli. Na oklaski zasługuje szczególnie za dzieloną z Affleckiem jedną z ostatnich scen. Ogromną sympatię budzi Kyle Chandler jako Joe Chandler (!), ojciec Patricka i brat Lee. Nie bez powodu w pierwszej scenie filmu najmłodszy z mężczyzn, zapytany o to, kogo zabrałby na bezludną wyspę, wybiera właśnie swojego tatę. Choć to niewielka rola, postać twardo stąpającego po ziemi Joe wspomina się z uśmiechem. Warto także zwrócić uwagę na epizod Matthew Brodericka oraz cameo samego reżysera w najmniej spodziewanym momencie filmu.

Kenneth Lonergan zabiera widzów w podróż, która przełamie obojętność każdego. I nieważne, ile Oscarów zdobędzie "Manchester by the Sea" – ważne, jak wiele serc poruszy.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (32 głosy).

przeczytaj również recenzje użytkowników (3)