Recenzja filmu Bóg nie umarł: Światło w ciemności (2018)
Michael Mason

Dobre intencje to za mało

Niestety "Bóg nie umarł: Światło w ciemności" nie jest płomiennym niedzielnym kazaniem. Jego przesłanie może i jest ważne oraz warte promowania, ale nie przysłania prostego faktu, że wciąż jest ...
Filmweb sp. z o.o.
Stare porzekadło ludowe mówi, że dobrymi intencjami wybrukowane jest piekło. Jeśli faktycznie tak jest, to reżyser "Bóg nie umarł: Światło w ciemności", Michael Mason, z całą pewnością ma zapewnią funkcję mistrza piekielnego cechu brukarzy. Gdyby bowiem oceniać wyłącznie to, co autor filmu chciał osiągnąć, to trzecia część cyklu "Bóg nie umarł" zasługiwałaby na najwyższe noty. Obraz zawiera bardzo ważne przesłanie skierowane do chrześcijan. To przypomnienie, że celem w życiu osób wierzących nie jest walka za wiarę, lecz dawanie świadectwa owej wiary. Dla wielu podobne rozróżnienie może być niezrozumiałe. To właśnie do nich skierowany jest film Masona - reżyser bowiem klarownie je wyjaśnia.


Jak większość protestanckich produkcji ewangelizacyjnych "Bóg nie umarł: Światło w ciemności" jest filmem propagandowym. Różni się jednak lekcją, jaką przekazuje wiernym. Zdecydowana większość tego typu obrazów korzysta z metody łopatologicznego kazania, by utwierdzić widzów w ich przekonaniach, ich racjach, ich moralnej wyższości i prawości. Tymczasem "Światło w ciemności" raczej nie przypadnie do gustu wojującym konserwatystom, a głównego bohatera uznają oni za frajera. Film przecież wyraźnie atakuje tych wszystkich, którzy w imię obrony tradycyjnych wartości chrześcijańskich sięgają po mowę nienawiści i przemoc.

Przypowieść o pastorze, który w obronie swojego kościoła i wiary staje przeciwko nadgorliwym bojownikom poprawności politycznej oraz uległym władzom uniwersyteckimi, to przypomnienie słów z Ewangelii według Świętego Mateusza (26, 52): Schowaj miecz swój do pochwy, bo wszyscy, którzy za miecz chwytają, od miecza giną. Wielebny Dave Hill to człowiek dobry - a przynajmniej tak mu się wydaje. Kiedy kościół, w którym wcześniej posługę sprawował jego ojciec, zostaje zaatakowany; kiedy kwestionowane jest jego prawo do publicznego głoszenia Prawdy Objawionej na terenie świeckiego uniwersytetu (choć kościół wybudowany został zanim powstała uczelnia), czuje się on w obowiązku stanąć do walki. Opowieść prowadzona jest w taki sposób, byśmy początkowo nie tylko rozumieli racje Hilla, ale stali murem po jego stronie. A jednak Mason pokazuje, jak błędna jest strategia bohatera. Im bliższy zwycięstwa jest pastor, tym bardziej nakręca się spirala przemocy i nienawiści. Kościół może zostać uratowany, ale ceną za to jest utrata wiary zwykłych ludzi i złamanie przykazania miłości, które przecież stanowi podstawę Kościoła Chrystusowego. Reżyser opowiada więc o wewnętrznej podróży pastora Hilla: od człowieka przepełnionego słusznym gniewem przez osobą wątpiącą po jednostkę pełną pokory, zrozumienia i poświęcenia.


Niestety "Bóg nie umarł: Światło w ciemności" nie jest płomiennym niedzielnym kazaniem. Jego przesłanie może i jest ważne oraz warte promowania, ale nie przysłania prostego faktu, że wciąż jest to film fabularny. A w każdym razie chce za takowy uchodzić - bo w rzeczywistości z wielkim trudem spełnia warunki uznania go za pełnoprawną produkcję kinową. Michael Mason nie potrafi nadać pozorów realności opowiadanej przez siebie historii. Poszczególne sceny są schematyczne, przygotowane według bardzo linearnej formuły. Kiedy któryś z bohaterów przechodzi kryzys, to w filmie nie ma miejsca na niuanse. Każda z postaci podąża jedną prostą drogą. Niemal wszystkie sceny - nawet te, w których pojawiają silne emocje i łzy - sprawiają wrażenie odruchów bezwarunkowych, co rzuca się szczególnie w oczy w przypadku gry aktorów. David A.R. White bardzo się stara, a jednak jego kreacja jest płaska jak Ziemia w czasach pierwszych chrześcijan. Nie można mu odmówić zaangażowania, kwestie deklamuje z wielką pasją. A jednak nie ma w tym nic z iluzji prawdziwego życia. To krygowanie się osoby, mającej świadomość, że jest tylko i wyłącznie narzędziem do przekazania nauki, a nie człowiekiem, który naprawdę znalazł się na rozstaju dróg i musi zakwestionować wszystko to, co dotąd uważał za właściwe. Dwójka młodych aktorów grających wątpiącą Keaton i mającego krew na rękach Adama też nie potrafi uwolnić się od tekstu. Ich zachowania są mechanicznymi reakcjami na napisane przez Masona słowa. Nieważne, ile łez wyleją i jak bardzo zbolałe będą robić miny, ich grze brakuje emocjonalnej prawdy. Płakanie na zawołanie nie jest tym samym, co odegranie prawdziwego bólu czy poczucia winy.

"Bóg nie umarł: Światło w ciemności" ma wszystkie wady reżyserskiego debiutu osoby, która zbyt wcześnie zabrała się do realizacji pełnometrażowej fabuły. A dobry pomysł oraz szlachetne intencje nie są w stanie ewidentnych braków zamaskować.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 64% uznało tę recenzję za pomocną (22 głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby