Recenzja filmu Obywatel Milk (2008)
Gus Van Sant

Dobry fanatyk

"Obywatel Milk" mimo interesującego scenariusza zapewne nie zrobiłby takiego wrażenia, gdyby nie Sean Penn. To, co wyprawia on na ekranie, może przyprawić o zawrót głowy.
Filmweb sp. z o.o.
27 listopada 1978 roku. Tę datę zna w Ameryce każdy walczący o prawa gejów i lesbijek. Wtedy to Harvey Milk – jeden z pierwszych otwarcie przyznających się do homoseksualnej orientacji polityków wybranych do władz miejskich – zostaje zastrzelony. Zamachowcem okazał się jego 'kolega' z rady miejskiej, Dan White, zwolennik konserwatywnych wartości moralnych. Jak doszło do tego wydarzenia i jakim cudem gej został wybrany do władz miejskich, dowiemy się z nowej opowieści Gusa Van Santa "Obywatel Milk" – jego najbardziej mainstreamowego filmu od ośmiu lat.

Po kilku skromnych, acz artystycznie bardzo udanych dziełach Van Sant był w końcu gotowy raz jeszcze spróbować swych sił w Hollywood. Tym razem jednak postanowił zrealizować film, który z wielu powodów byłby mu bliski. Rezultatem jest zaskakująco dojrzały i bardzo osobisty obraz będący czymś więcej niż tylko biografią. Owszem, w "Obywatelu Milku" poznajemy historię wzlotu i straszliwego upadku Harveya Milka. Przede wszystkim jednak "Milk" jest zapisem pewnej epoki, sentymentalnym spojrzeniem wstecz na pionierów walki o prawa gejów i lesbijek, ale i na czasy młodości samego Van Santa (miał on 26, kiedy zginął Milk). I na tym polu film jest po prostu rewelacyjny. Reżyser znakomicie oddaje ducha czasu przez zdjęcia, scenografię, muzykę, ale i za sprawą włączenia do swego działa materiałów archiwalnych. "Obywatel Milk" przesiąknięty jest duchem lat 70., pozostając jednocześnie wolnym od stereotypów, jak sauna czy kolorowe chusty. Patrząc w ten sposób na "Obywatela Milka", można wręcz stwierdzić, że idealnie wpisuje się on w nurt kina sentymentalnego kreowanego obecnie przez młodzież czasów hippisów, którzy powoli starzeją się i spoglądają wstecz na czasy swojej młodości, kiedy  zamiast w Internecie, spędzało się czas ze sobą rzeczywiście i wspólnie walczyło się o lepsze jutro. Do nurtu tego należy "Across the Universe", a teraz i "Obywatel Milk".

Jednak film Van Santa nie patrzy tylko wstecz, lecz można go również odczytywać jako komentarz do spraw bieżących. Koncentrując się wyłącznie na końcowym okresie życia Milka, reżyser kreśli portret zaangażowanego polityka, który mocno wierzy w swoje przekonania. Można by wręcz powiedzieć, że jest fanatykiem idei, poświęcając jej wszystko, nawet szczęście w życiu osobistym. Filmowy Milk bardzo przypomina swoim postępowaniem George'a W. Busha. Obaj są gorącymi orędownikami swoich przekonań. Dla walki o nie są w stanie zrezygnować z prywatności, a nawet narzucić jej brak wszystkim wokół. Obaj też w walce o swoje idee wyznaczyli teren, gdzie toczyć się będzie bój (tu jednak Bush wybrał miejsce daleko od domu, podczas gdy Milk doprowadził do starcia na własnym podwórku). W ten sposób "Obywatel Milk" staje się opowieścią o fanatyzmie politycznym i moralnym, którego źródła prowadzą wprost do religii. Milk walczy o prawa maluczkich, gnębionych i prześladowanych, jego losy oglądamy od momentu rozpoczęcia działalności publicznej, a jego głównym przeciwnikiem są współcześni faryzeusze – czyni to z niego postać wręcz chrystusową. Dodajmy teraz do tego jego śmierć, pochód 'wiernych' oraz wspomnienie o samobójstwie White'a (aluzja do Judasza), a otrzymamy nic innego jak ewangeliczną historię, czyli to, co Bush mozolnie konstruował przez osiem lat swojej prezydentury. Jednak Van Sant unika odpowiedzi na podstawowe pytanie: co czyni jednych dobrymi fanatykami (Milk), a innych złymi (Anita Bryant, Bush).

"Obywatel Milk" mimo interesującego scenariusza zapewne nie zrobiłby takiego wrażenia, gdyby nie Sean Penn. To, co wyprawia on na ekranie, może przyprawić o zawrót głowy. Nie ma ani jednego słabego momentu, minimalnego nawet potknięcia. W każdej scenie, w każdym ujęciu jest perfekcyjnym Milkiem, kto wie, może nawet lepszym i bardziej charyzmatycznym niż oryginał. Penn lśni niczym supernowa, a jednak nie potrafi przyćmić dwóch innych aktorów: Josha Brolina i Jamesa Franco. Ta dwójka dotrzymuje kroku Pennowi, przez co film może pochwalić się jedną z najlepiej dobranych obsad 2008 roku. Czyni to z najnowszego dzieła Van Santa obraz ze wszech miar warty obejrzenia. Jeśli jednak mam być zupełnie szczery, to uważam, że reżyser ma na swoim koncie zdecydowanie lepsze obrazy. Ponieważ jednak były one niszowe, mało kto je mógł zobaczyć. Z tym – mam nadzieję – będzie inaczej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (96 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)

Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię