W drugim sezonie "The Pitt" zachowuje intensywne tempo i sprawdzoną formę, dyktowaną wymaganiami pracy na SOR-ze. W "24 godzinach" na "Ostrym dyżurze" nie ma miejsca na melodramatyczne
"The Pitt" wraca w chwale: jako udana reinkarnacja klasycznych seriali medycznych, streamingowy fenomen, któremu tydzień po tygodniu udaje się na 50 minut oderwać nasze nosy od telefonów, wreszcie – jako zdobywca tytułu najlepszego serialu dramatycznego 2025 roku. Dziesięć miesięcy po wydarzeniach z pierwszego sezonu znów trafiamy na dzienną zmianę w Pittsburgh Trauma Medical Center. W Dzień Niepodległości choroby nie biorą wolnego, a pech i głupota częściej niż zwykle chodzą po ludziach. Święto, nie święto – na oddziale ratunkowym w Pittsburghu krąg życia złośliwie zmienia swoje kształty. Na miejscu kłębi się mrowie nowych pacjentów, a wokół nich uwijają się – w większości znajomi – herosi w bluzach medycznych.
W drugim sezonie "The Pitt" zachowuje intensywne tempo i sprawdzoną formę, dyktowaną wymaganiami pracy na SOR-ze. W "24 godzinach" na "Ostrym dyżurze" nie ma miejsca na melodramatyczne rozwidlenia; jeśli jest tu jakiś romans, to ograniczony do aluzji. Priorytetem jest nadal realizm, ale więc wyścig z czasem w trosce o dobrostan pacjentów. Irytujący bywa przy tym nadmiar cliffhangerów, czasem stanowiących obietnicę bez pokrycia. I bez nich o nasze zaangażowanie nie byłoby trudno. Nawet jeśli nie uważaliśmy na lekcjach biologii, jako publiczność orientujemy się w powadze poszczególnych przypadków; dynamika medycznych procedur pozostaje angażująco klarowna. Tutejsze dialogi – ironiczne, celne, niepozbawione humoru – pisze się w technice staccato, tak samo poprowadzone są relacje między współpracownikami. Kamera śmiga po szpitalnym labiryncie, a przedłużając ruchy i spojrzenia mijających się bohaterów, świetnie przeplata fabularne wątki.
Choć szpitalna makabra każe nam odwracać wzrok, nie sposób oderwać się od bohaterów, z ich imponującą wiedzą, pikującymi emocjami, wielością motywacji i odsłanianymi traumami. Nadal reprezentują określone (również dzięki świetnemu castingowi) typy. W ciągu 15-godzinnej gonitwy kawałki tej ludzkiej mozaiki całe szczęście nie ograniczają się do jednego odcienia. W drugim sezonie "The Pitt" jeszcze mocniej skupia się na lekarzach łatających cudze ciała, coraz mniej jednak zdolnych uporządkować własną psyche. Gdzie postawić ścianę dla empatii, gdy wokół tyle cierpienia, strachu i nadziei na pomoc? Po co się angażować, gdy za ścianą czeka kolejka pacjentów? Serial R. Scotta Gemmilla prowokuje do szacowania wagi – tragicznych lub komicznych, obrzydliwych lub wzruszających – medycznych przypadków. W efekcie odkrywamy, że to rachunek nie zawsze słuszny i możliwy. Dramat medyczny staje się wówczas dramatem egzystencjalnym.
Istoty emocjonalne i moralne uwrażliwiają nas na kolejne problemy społeczne i ograniczenia instytucjonalne. Fatfobia, brak zaufania do ekspertów, niedożywienie w więzieniach, pracoholizm, lekomania, kryzys systemu ubezpieczeń zdrowotnych, lęki i ograniczenia pacjentów narkomanów, bezdomnych czy głuchych – to zaledwie początek wyliczanki. W pierwszym sezonie zwrot akcji stanowił zamach terrorystyczny, tym razem akcję komplikuje cyberatak i konieczność pracy w warunkach analogowych. Na czoło w tej (o dziwo nieprzeładowanej!) litanii tematów wychodzi także AI: zapowiedź szerokiej zmiany, ale i generator konfliktu między planującym urlop drem Robbym (Noah Wyle) a jego zastępczynią, dr Al-Hashimi (Sepideh Moafi).
MAX
Warrick Page
Jeśli druga odsłona serialu uprawia publicystykę, to nie polega ona na wytykaniu błędów ludziom u władzy, lecz na ukazaniu, że lekarz jest zaledwie trybikiem w systemowej machinie. A nieraz także jej ofiarą. "The Pitt" to serial interwencyjny, który się tego nie wstydzi. Owoce tej powagi bywają cenne poznawczo i poruszające. Tak jest w epizodzie z ofiarą gwałtu czy opieką paliatywną dla pacjentki z nowotworem. W tej dydaktycznej proceduralności jest jednak pewne niebezpieczeństwo. Ekipa dra Michaela Robinavitcha przypomina inne idealistyczne grupy zawodowe z liderem-zbawcą na czele: z "Prezydenckiego pokera" czy z "Newsroom". Dziś poczucie słuszności bohaterów tamtych seriali potrafi skonsternować. Oby "The Pitt" (rzecz w momencie premiery podobnie przecież świeża i angażująca jak tamte) nie pogrążył się w podobnym kaznodziejstwie.
Nie przypadkiem druga zmiana dzieje się 4 lipca. To pretekst do ukazania innych przypadków na SOR-ze, gdy świętujące społeczeństwo naraża się na kolejne wypadki. To także fabularna okazja do wpuszczenia nieco lokalnego kolorytu w mury szpitala. To wreszcie możliwość przypomnienia o patriotyzmie w najszerszym z sensów: jako troski o bliźnich. O małych, starych, kolorowych, wyznających inny światopogląd niż nasz, a czasem po prostu niebędących sobą. W przeciwieństwie do mnie, tu serial dydaktyczny nie jest. Nie musi używać wielkich słów, gdy praca na SOR-ze szczęśliwe tę mądrość potwierdza.