Recenzja filmu Jak pies z kotem (2018)
Janusz Kondratiuk

Intymny świat

Kondratiuk opowiada swoją historię z wielką delikatnością i wyczuciem – pomimo korzystania z autobiograficznego materiału (a być może właśnie dzięki czerpaniu z własnych doświadczeń). Przestrzeń ...
Filmweb sp. z o.o.
Autobiografizm zastawia na kino – i sztukę w ogóle – wiele pułapek. Trudno nie ugrzęznąć na mieliznach banałów, wyrzec się, choćby częściowo, jednostronności spojrzenia i uciec od taniego efekciarstwa; szczególnie, gdy tematyka dotyczy kwestii delikatnych, ważnych, duszonych w sobie. Janusz Kondratiuk jednak sprawnie lawiruje między przeszkodami. Jego ostatni film, "Jak pies z kotem", opowiadający o chorobie i śmierci starszego brata, Andrzeja, również cenionego reżysera, to z jednej strony spełnione kino, a z drugiej – dojrzałe świadectwo trudnej, braterskiej miłości.


Kiedy reżyser dowiaduje się, że jego starszy brat jest chory ("Przyjeżdżaj pan, no, źle jest, umiera chyba!"), rodzinne więzy od lat są już rozluźnione. Palce wahają się przy wyborze numeru na domofonie, a w telefonie próżno szukać kontaktu do bratowej, przebywającej na zagranicznym tournée. Rozległy udar niedokrwienny, zniszczona lewa strona mózgu, powrót do emocji pierwotnych: wściekłości, lęku, agresji – słowa lekarzy zapisują się w głowie urywanymi hasłami, których łapczywie poszukuje się później w kryzysowych sytuacjach, kiedy potrzeba usprawiedliwienia, pocieszenia, iskierki nadziei. "To nie charakter, to choroba" – będą jak mantra powtarzać bohaterowie opiekujący się Andrzejem, nawet kiedy już nikt nie będzie w to wierzył.

Kondratiuk opowiada swoją historię z wielką delikatnością i wyczuciem – pomimo korzystania z autobiograficznego materiału (a być może właśnie dzięki czerpaniu z własnych doświadczeń). Przestrzeń ekranu wypełnia kameralną, domową rzeczywistością, przeżytymi emocjami, zapamiętanymi strzępkami dialogów. Codzienność sprawowania opieki nad sparaliżowanym bratem, który jest zakleszczony gdzieś pomiędzy urywkami wspomnień, strzępkami świadomości a doświadczeniem powolnego dogasania, nie jest wygładzana, ale pokazana z całym klaserem trudnych, nieestetycznych doświadczeń, unurzanych w fizjologii, obnażających dla obu stron. "Nigdy nie przeżyłem podobnego upokorzenia!" – wykrzyknie z gniewem Andrzej podczas jednej z pierwszych zmian pieluch – a jego doświadczenie będzie boleśnie uwierać również widza. Jest w tym podejściu niezwykła szczerość, a zarazem dojrzały humanizm, które nadają emocjonalny ton całej produkcji i nie pozwalają o niej łatwo zapomnieć.


Stosunki rodzinne, odmalowywane za pomocą lakonicznych dialogów, wzajemnych docinków, wspólnych wspomnień i zaschniętych urazów, dosłownie manifestują się również w zwierzętach, przemykających korytarzami zamieszkiwanych przez bohaterów domów. Ta żywiołowa dynamika psio-kocich relacji zostaje po mistrzowsku odegrana, nuta po nucie, przez kwartet aktorów, wcielających się w głównych bohaterów – autentyczne postacie, doskonale znane przecież w filmowym świecie. Właściwie trudno osądzić, kto gra tu pierwsze skrzypce, bo kreacje doskonale się uzupełniają: żarliwe oczy i plastyczna, żywiołowa mimika Łukaszewicza, kreującego "tego starszego" z braci-reżyserów, Andrzeja, autora kultowej "Hydrozagadki"; fascynująca kreacja Aleksandry Koniecznej jako Igi Cembrzyńskiej, ukochanej Andrzeja, rozciągnięta między egzaltowanymi perorami i poalkoholową bezradnością; dyskretna, pełna empatii i poświęcenia rola Bożeny Stachury i wreszcie poruszająca, z jednej strony szorstka, a z drugiej precyzyjnie rozczulająca gra Więckiewicza, który otrzymał bezprecedensową szansę odgrywania roli reżysera w jego własnym filmie.

Choć opowieść nie posiada tradycyjnej struktury fabularnej, tylko "toczy się", jak życie, wyboistą ścieżką choroby, to film ogląda się nadzwyczaj gładko właśnie dzięki kreacjom aktorskim najwyższej próby oraz sarkastycznemu, często czarnemu humorowi, który łamie poważny ton opowieści. "Czy Wy się nie brzydzicie? Bo ja strasznie" – powie Andrzej z przekonaniem po pierwszej kąpieli (a podobnych momentów oswajania i odczarowywania śmiertelnej choroby, zarówno zabawnych, jak i gorzkich, będzie w tym filmie jeszcze wiele). 

photo.title

Historia niebezpiecznie balansuje na granicy banału przy próbach dosłownej wizualizacji urojeń pojawiających się w głowie Andrzeja, a ryzyko to podejmowane jest zupełnie niepotrzebnie. Łukaszewicz swoją wybitną mimiką i oczami kipiącymi od emocji opowiada znacznie więcej niż pokraczny niedźwiedź CGI. Wątpliwości niektórych widzów może również budzić rozliczeniowe potraktowanie rodziny szwagierki, która wykorzystuje jej słabości i uzależnienie; wątek ten nie jest jednak nadmiernie rozbudowany i stanowi integralny element historii.

Kondratiuk poświęca czas momentom pozostającym zwykle za zamkniętymi drzwiami,  dostępnym oczom tylko tych, którzy na własnej skórze doświadczają choroby najbliższych. Kiedy próby uszlachetniania cierpienia stają się już bezcelowe, pozostaje tylko mianownik wspólnych doświadczeń, głęboka wiara w siłę rodziny i chęć godnego towarzyszenia w tym rytuale przejścia, podczas którego nikt z nas nie powinien być sam.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 73% uznało tę recenzję za pomocną (11 głosów).
Patrycja Calińska
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry