Recenzja filmu Świąteczne przeboje (2018)
Paprika Steen

Licha noc

Komediodramat Papriki Steen ogląda się jak smutniejszą, pozbawioną hollywoodzkiej słodyczy wersję "Witaj święty Mikołaju". Oto przy  suto zastawionym stole zasiada trzypokoleniowa duńska familia, ...
Filmweb sp. z o.o.
Nigdzie bezpośrednio nie wynika, że rodzina to jest coś innego niż grono ludzi, którzy tak jak się lubią, tak się nie znoszą - zapewniał bohater słynnego filmu o Beksińskich, a jego słowa mogłyby posłużyć jako motto "Świątecznych przebojów". Komediodramat Papriki Steen ogląda się jak smutniejszą, pozbawioną hollywoodzkiej słodyczy wersję "Witaj święty Mikołaju". Oto przy  suto zastawionym stole zasiada trzypokoleniowa duńska familia, by jak co roku obchodzić wspólnie wigilię Bożego Narodzenia. Lecz choć gospodarze dwoją się i troją, wszelkie spory - inaczej niż w kolędzie Czerwonych Gitar - zamiast gasnąć, przybierają na intensywności. Treść utworu najcelniej oddaje jego plakat: pod podartym rodzinnym portretem tli się lont przyczepiony do choinkowej bombki. Cicha noc, święta noc? Nie tym razem.

photo.title

Gdy w pierwszej scenie filmu małżonkowie Katrine (w tej roli sama reżyserka) i Mads (Jacob Lohmann) ze zgrozą odkrywają, że do świątecznej potrawy według przepisu teściowej dodali likieru cointreau zamiast wymaganego grand marnier, od razu wiadomo, z kim mamy do czynienia. Bohaterami "Przebojów" są członkowie sytej klasy średniej: ludzie obyci, w świecie bywali, pozbawieni trosk materialnych. Dziadek z zięciem nad kieliszkiem wykwintnego wina deliberują o literaturze. Babcia zachwyca się Instagramem i fachowo robi "dziubek" do selfie. Stawiająca pierwsze kroki w zawodzie pastora siostra w homilii broni tradycyjnych wartości, odwołując się do poglądów wielkich filozofów. Kiedy jednak do drzwi puka niezapowiedziany (i nieproszony) gość, wypolerowana fasada zaczyna pękać. Na jaw wychodzą małostkowość, egoizm i obłuda, a pranie brudów rozkręca się na całego.

Niezręczne uśmiechy, komentarze nie na miejscu, rytuały, które uwierają jak przyciasne spodnie, momenty krępującej ciszy, gdy rozmowa ewidentnie się nie klei - twórcom udaje się świetnie oddać atmosferę przymusowych rodzinnych spędów. Chwil, gdy więzy krwi wydają się kajdanami, a bliskie niegdyś osoby jawią się niczym przybysze z obcej planety. Początkowo wydaje się, że Steen nie ma dla swoich bohaterów nawet cienia litości. Uwydatnia ich wady, ośmiesza, wikła w coraz bardziej żenujące sytuacje. Ostatecznie reżyserce udziela się jednak atmosfera Bożego Narodzenia. Gdy maski zostaną zrzucone, kłamstwa i zadawnione urazy wyjdą na jaw, a każdy wykrzyczy już, co go boli, pojawi się szansa, by na nowo nawiązać nić porozumienia. Nie każdy będzie chciał z niej skorzystać, z kolei potencjalne zawieszenie broni nie potrwa pewnie długo. Światełko w tunelu jednak się tli.

photo.title

Psychodrama przy kuchennym stole to wdzięczny przepis na kino: jedno miejsce, wiele postaci, sprzeczne interesy, niezabliźnione rany, tajemnice czekające na to, by wyjść na światło dzienne. W ostatnich latach niezawodna formuła sprawdzała się m.in. we włoskich ("Dobrze się kłamie w miłym towarzystwie"), amerykańskich ("Sierpień w hrabstwie Osage"), rumuńskich ("Sieranavada"), a także polskich ("Cicha noc") dekoracjach. Na tle wymienionych tytułów "Świąteczne przeboje" nie mają widzom nic nowego do zaoferowania, ale ogląda się je nieźle. Steen, która w rodzinnej Danii znana jest przed wszystkim z pracy przed kamerą, pewną ręką prowadzi obsadę. Udaje jej się również w rozsądnych proporcjach wymieszać ze sobą ironiczny humor, gorzką powagę oraz odrobinę czułości. Potraktujcie jej film jako emocjonalną rozgrzewkę przed zbliżającym się Bożym Narodzeniem.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 100% uznało tę recenzję za pomocną (1 głos).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 6/10 niezły