Recenzja filmu Chef Flynn - najmłodszy kucharz świata (2018)
Cameron Yates

Matka wszystkich szefów

Kluczowa jest tu wypowiedź matki chłopca, Meg McGarry, która zwierza się z porozwodowej depresji i mimochodem wspomina, że właśnie wtedy jej małoletni syn zamienił się w "małego mężczyznę". ...
Filmweb sp. z o.o.
Chociaż na pierwszym planie dokumentu Camerona Yatesa stoi wybitnie zdolny nastolatek, tytułowy Chef Flynn, najmłodszy kucharz świata, bardzo szybko staje się jasne, że to, co najciekawsze, będzie działo się w tle opowieści. Kluczowa jest tu wypowiedź matki chłopca, Meg McGarry, która zwierza się z porozwodowej depresji i mimochodem wspomina, że właśnie wtedy jej małoletni syn zamienił się w "małego mężczyznę". Niepozorna historia o drodze do sukcesu nabiera w tym momencie bardzo mrocznego ciężaru. Gdy natomiast sam chłopiec wyznaje, że jego dzieciństwo trwało 10 lat i jego zdaniem to chyba wystarczająco, "Chef Flynn" staje się po prostu mrożącym krew w żyłach horrorem. 


Na szczęście Yates posiłkujący się w dużym stopniu archiwalnymi nagraniami z kolekcji matki chłopca – z zawodu scenarzystki i autorki kilku filmów, owładniętej pasją nagrywania każdego skrawka codzienności – nie traci z oczu tego cennego punktu widzenia i konsekwentnie demaskuje kobietę jako apodyktyczną reżyserkę życia swojego syna. Co ciekawe, Flynn nie jest jej jedynym dzieckiem, ale starsza córka – zupełnie normalna, jak sama o niej mówi – wydaje się znajdować całkowicie poza polem jej uwagi. Smutnego obrazu dopełniają wyraźne sugestie, że jako matka Meg nie doświadczyła spełnienia. Nie bez znaczenia są tu wzmianki o tym, że chętnie wraca pamięcią do lat 80., kiedy to jej życie należało wyłącznie do niej, i że wśród jej ówczesnych znajomych niewiele osób posiadało dzieci. Trudno nie dopatrzeć się w tych słowach skargi na swój los i próby zaczarowania go. W tym przypadku kosztem własnego dziecka.  

Nie da się też nie wzruszyć i jednocześnie autentycznie nie zdenerwować, oglądając sceny, w których presja i ciężar odpowiedzialności przerastają możliwości zamkniętego w złotej klatce nastolatka. Surowa krytyka w mediach społecznościowych – podkreślająca jego uprzywilejowaną pozycję z racji majętności i koneksji rodziców – uwydatnia w dodatku jego pozycję ofiary. Dwunastoletni chłopiec nie tylko pracuje na cały etat w wyjątkowo trudnej branży gastronomicznej, ale jest też całkowicie odcięty od rówieśników i pozbawiony możliwości podejmowania własnych decyzji. W którymś momencie poczynania jego matki zostają nazwane "superparentingiem", ale jej wypowiedzi i zachowanie nie pozostawiają złudzeń, że za tym pięknym określeniem kryje się zwykła zaborczość i chęć przykrycia własnych życiowych porażek. Za tym z kolei idzie głęboka refleksja nad nieograniczoną władzą, jaką rodzice posiadają – bezkarnie – nad swoimi dziećmi. Szkoda jedynie, że te najmocniejsze karty zostają we "Flynnie" odkryte bardzo szybko, a kolejne sceny już tylko powtarzają te oczywiste spostrzeżenia. 


Yates kończy swój dokument niemal poetycką sekwencją misternych przygotowań, w których chłopiec dopracowuje swoje popisowe dania, jakby na dowód tego, że ostatecznie i tak liczy się tu jego pasja, bez względu na jej źródło. Mając jednak w pamięci scenkę, w której w archiwalnym nagraniu matka maleńkiego, stawiającego pierwsze kroki chłopca zwraca się do niego per "chef", oczywiste staje się, że ta historia może mieć w realnym życiu dużo smutniejszy koniec. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Dorota Kostrzewa
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni