Recenzja filmu Ogród rodzinny. Ukochany (2017)
Jan Hřebejk

Między grządkami

Gdybym chciał być złośliwy, powiedziałbym, że "Ukochany" jest w istocie filmem o wschodnich źródłach czeskiej modernizacji: bezpieczny seks przywiało od sowietów. Tyle że to odpowiedź równie ...
Filmweb sp. z o.o.
Praga, koniec lat 50., mieszkanie antykomunistycznego dysydenta. Zwłoki Stalina nie zdążyły jeszcze porządnie ostygnąć, a tu już z nieba leje się cukier, złoto i błękit. U Jindřicha spotykają się kombatanci, wyzwoleńcy z niemieckich obozów koncentracyjnych, artyści i intelektualiści. Piją śliwowiczkę, czytają zachodnią prasę i dają się obsługiwać żonie oraz dwóm córkom gospodarza – maturzystce Danie i sporo młodszej Jindrisce. Piękna kamienica pięknieje z każdą minutą, promienie słońca muskają nosy wąsatych i pękatych panów. Nie ma choćby namiastki szarości, komunistycznego marazmu, wrażenia klaustrofobii, zamknięcia na głucho w – niewesołym jednak – baraku. 

photo.title   photo.title

Nawet bezpieka jest jakaś taka poczciwa, pojawia się w filmie tylko raz, w roli dobrodusznego nauczyciela warunków przeżycia, podobnie tłuściutka i w oszelkowanych spodniach. Ot, kwintesencja kina Jana Hřebejka jako lukrowanej pigułki antydepresyjnej – "bezpieczka" łaja ludków w słonecznym Hobbitonie. Jeśli bowiem poprzednie części trylogii "Ogród rodzinny" – "Przyjaciel" i "Dezerter" – były ramotami, ale jednak ramotami w jakiś sposób sympatycznymi, to "Ukochany" jest chocholim tańcem. A nawet więcej – to chochole podrygiwanie do fałszywej nuty. Wszystkie rokujące wątki – rodzinne piętna, traumy, zaangażowanie w budowę nowego komunistycznego ładu – zostają bez ceregieli porzucone na rzecz wyeksponowania zestawu czeskich autostereotypów. Jedyne, co pozostaje po przejeździe tego sentymentalnego buldożera, to tania komedia romantyczna i dość oczywisty konflikt międzypokoleniowy.

Jak można się było spodziewać, w trzeciej części cyklu pałeczkę uwagi przejmuję mała Danuśka, wcześniej zagubiona kilkulatka, teraz – wchodząca w dorosłość licealistka. Dana nieustannie drze koty z Jindřichem – po wojnie mocno znerwicowanym, żyjącym przeszłością i w oczekiwaniu na amerykańską interwencję – co ma być skutkiem, jak otwarcie sugeruje film, nieprawidłowo zbudowanych więzi rodzicielskich. Ojca, odsiadującego karę w gestapowskim więzieniu, nie było przy narodzinach córki, czego ceną stają się wzajemna nieufność, wyrzuty sumienia i surowe wymagania. Tyle że w gruncie rzeczy nie o psychologię tutaj chodzi, lecz o banalne różnice pokoleniowe i klasowe. Oś konfliktu dotyczy chłopaka Dany, wiernego i uczciwego Mirka, którego jednak Jindřich nie jest w stanie zaakceptować ze względu na jego prowincjonalne korzenie, rzekomo małe ambicje oraz brak porządnego, mieszczańskiego wychowania. Patriarcha okazuję swoją niechęć w sposób absurdalnie ostentacyjny – wrzaskiem, nienawistnymi monologami, zamykaniem drzwi na klucz i próbami swatania. Cały film jedzie na odbijaniu takiej staroświeckiej piłeczki – od burdy do burdy, od wpadki do wpadki, od gagu do gagu. Aż po słodki i do porzygu przewidywalny koniec. 

photo.title

Cała reszta rodziny – wszystkie ciotki, wujkowie i kuzyni – dostają rolę tła i, już zupełnie otwarcie, pojemniczków na najbardziej wytarte stereotypy, takie rodem z molierowskiej farsy. Jest więc samotna ciotka obżartuska, skneruska i fajtłapa – i taką pozostanie od koniuszków palców aż po czubek głowy, bez żadnej próby niuansowania. Kuzyn Karlik – w ciemnych okularach, wystylizowany na jazzmana z Nowego Jorku – to z kolei figurka nonkonformizmu na zachodnią, konsumpcyjną modłę, trudną do realizowania w realiach komunistycznego zamordyzmu. Sama Danuśka reprezentuje natomiast romantyczny bunt przeciwko patriarchalnej tradycji – tyle że w wersji tak miękkiej, płaczliwej i nieśmiałej, że o żadnej prawdziwej emancypacji nie może być mowy. Zgoda, to lata 50., okres w zasadzie tużpowojenny, jednak o cnocie, wstrzemięźliwości i czekaniu aż do ślubu mówi się tutaj ze zbyt wielką intensywnością i przekonaniem. To raczej określone konserwatywne wyobrażenie na temat mieszczańskiej obyczajowości, a nie próba uczciwego wgryzienia się w temat. 

photo.title

Najbardziej symptomatyczną dla tego niewesołego obrazu jest scena, w której Danuśka znajduje na klatce schodowej paczkę prezerwatyw i – nie mając pojęcia, co to za wihajster – nadmuchuje jedną z nich niczym urodzinowy balonik. Kondomy wypadły chwilę wcześniej z kieszeni żołnierza, w domyśle – czerwonoarmisty. Czy Hřebejk chce przez to powiedzieć, że rozprężenie norm obyczajowych przychodzi zawsze wraz z okupantem? Nie wiem, ale przypomina to gest wbicia szpili w czeskie kino jako siedlisko frywolności i otwartości seksualnej. Gest, który jednocześnie – poza mieszczańskim zdziecinnieniem – nie oferuje wiele w zamian. Dlatego, gdybym chciał być złośliwy, powiedziałbym, że "Ukochany" jest w istocie filmem o wschodnich źródłach czeskiej modernizacji: bezpieczny seks przywiało od sowietów. Tyle że to odpowiedź równie pokrętna, co cała ta landrynkowa saga Hřebejka. Wielki "Ogród rodzinny" przypomina raczej grządkę nadgorliwego działkowca, który między kapustą posadził storczyki. Nic ciekawego w takim gąszczu po prostu wyrosnąć nie może. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 50% uznało tę recenzję za pomocną (2 głosy).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię