Recenzja filmu Czego dusza zapragnie (2015)
Terry Jones

Neil wszechmogący

Jones nie stawia na oryginalność. Nie atakuje nas również agresywnym humorem na pograniczu dobrego smaku. Jego film jest komedią staromodną, której celem jest zrelaksowanie widzów i poprawienie ...
Filmweb sp. z o.o.
Renesans kinowych komedii trwa w najlepsze. A kolejnym tego dowodem jest pierwszy od prawie 20 lat fabularny film Terry'ego Jonesa. "Czego dusza zapragnie" ukazuje inne oblicze gatunku, mniej drapieżne, opierające się przede wszystkim na uroku osobistym obsady i sympatycznych gagach. Jones i spółka stworzyli film, po którym widzom poprawi się samopoczucie.

photo.title

Na pierwszy rzut oka "Czego dusza zapragnie" wygląda na ateistyczną wersję "Bruce'a Wszechmogącego". Bóg został tu zastąpiony przez rasę galaktycznych snobów. Ponieważ sami mogą wszystko, wydaje im się, że mają prawo decydować o życiu i śmierci (zwłaszcza o śmierci) wszystkich mieszkańców kosmosu. Chcą jednak wierzyć we własną wyższość. Nie ulegają więc zachciankom jak ludzie, ale ukrywają swoje popędy za skomplikowanymi procedurami. To właśnie tej biurokracji Neil (Simon Pegg) zawdzięcza moc spełniania swoich pragnień. Kosmici postanawiają obserwować go przez 10 dni, po których zadecydują, czy zniszczyć Ziemię. Wszystko zależy od tego, jak wykorzysta otrzymany od nich dar. Neil jednak zaczyna zmagać się nie tylko z konsekwencjami swoich nieprecyzyjnie wypowiadanych życzeń, ale również z rozterkami sercowymi. Zakochał się bowiem w sąsiadce i nie bardzo wie, co zrobić, by zwrócić jej uwagę.

"Czego dusza zapragnie" jest w gruncie rzeczy przedstawieniem jednego aktora. Dlatego też odbiór filmu w dużej mierze zależeć będzie od tego, jaki stosunek macie do Simona Pegga. Terry Jones potrafił wyeksponować wszystkie najważniejsze cechy jego komediowego aktorstwa. Dzięki temu Neil to uroczy, inteligentny, lekko ironiczny fajtłapa, który nawet w zwyczajnych sytuacjach potrafi wywołać uśmiech. Kiedy zaś zaczynają go prześladować konsekwencje wypowiedzianych życzeń, robi się naprawdę zabawnie. I, co ważne, nie trwa to tylko chwilę. Reżyser uznał – całkiem słusznie – że skoro już opowiada o wszechmocnym bohaterze, to należy to wykorzystać do końca. Dzięki temu co chwilę twórcy wyskakują z nowymi pomysłami na rozbawienie widowni. Zdecydowana większość gagów okazuje się jak najbardziej trafiona.

photo.title photo.title photo.title

Jednak Jones nie przesadził również w drugą stronę. Zdawał sobie sprawę, że przesyt jest dla komedii równie niebezpieczny. Z tego też powodu wypełnił drugi plan postaciami, które wzbudzają zainteresowanie, ale nigdy nie zostają do końca "zużyte". Robin Williams doskonale sprawdza się jako głos psa. Kosmici, których zagrali członkowie grupy Monty Pythona, są tak cudownie wyniośli, że chciałoby się ich słuchać w nieskończoność. Inne osoby pojawiają się na chwilę, dostarczając ledwie kilku zdań bezcennego humoru (jak Joanna Lumley). Te rozbłyski energetyzują film, skutecznie broniąc całość przed nudą i okresami zastoju.

Jones nie stawia na oryginalność. Nie atakuje nas również agresywnym humorem na pograniczu dobrego smaku. Jego film jest komedią staromodną, której celem jest zrelaksowanie widzów i poprawienie im nastrojów. I te dwa założenia zostały osiągnięte. Pragnienie zabawy zostało zaspokojone.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 68% uznało tę recenzję za pomocną (75 głosów).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry