"Niebo" tylko prześlizguje się, przeskakuje raczej, po kwestiach problemowych, nigdy nie zagłębiając się w podjęte zagadnienia. Skupiony na losach Kellera serial jest zaskakująco i rozczarowująco
U pana Boga za piecem może i ciepło, ale kurz aż gryzie w oczy, bo i ten już dawno w kąty nie zaglądał, choćby po to, żeby zamieść. Sebastian Keller spędził tam aż pięć lat, zduszony przez ciężar samozwańczej wiary w wyższość tego, co nasze, nad tym, co ich. Arbitralnie pojmowana dychotomia świata narzucona mu przez Bogdana Kacmajora, który mianował się nieomylnym guru skupionej wokół niego wspólnoty, kazała mu poświęcić umysł i ciało sekcie Niebo, długo obecnej w nagłówkach polskich gazet okresu transformacji. Na początku ostatniej dekady minionego tysiąclecia Keller, jako człowiek młody, wyleczony z chronicznego bólu przez charyzmatycznego człowieka znikąd, zmanipulowany i, później, sterroryzowany, stał się narzędziem Kacmajora, tak jak kilkadziesiąt innych osób. Serialowa adaptacja książki zawierającej jego doświadczenia nie jest dokumentem, tak jej traktować nie można. Scenariusz opisuje raczej emocjonalną i duchową podróż Kellera, od jego szczerego, niemalże dziecięcego zachwytu cudem, za którym szła upragniona ucieczka od codzienności, do czystego przerażenia złem.
Ale nie ma tutaj żadnej dramaturgicznej woltyżerki, nie dopisuje się do historii bądź co bądź opartej na faktach ekstremalnych zdarzeń i tragedii, które dobrze wyglądałyby na ekranie telewizora. Owa oszczędność fabularnych środków wyrazu, wymuszona przez ramy opowieści prawdziwej, może być jednak potraktowana jako zbytnia zachowawczość. Bo choć nie ma wątpliwości, że Piotr Wójcik (tak tutaj zwie się ów guru kreowany przez opętanego bez mała szamańskim obłędem Tomasza Kota) to kawał drania, jego ekscesy wydają się częstokroć jedynie ekstrawagancjami. A to zabrania używania polskiej diakrytyki, a to nadaje absurdalne ksywki członkom zboru, co najwyżej namawia do kradzieży, sankcjonując ją wybranymi cytatami z Pisma Świętego, interpretowanymi, oczywiście, według jego własnego widzimisię. Nie ma tu zbiorowego samobójstwa, nie ma brutalnego mordu, nie ma siłowych porwań i finansowych machlojek na grube miliony. Jest to jednak pewna pułapka myślenia, bo techniki Piotra są, po prostu, bardziej subtelne, a i nie motywuje go ani seksualna żądza, ani chęć zarobku. Przeciwnie – głosi ascezę i sam jest jej wierny, konsekwencji odmówić mu nie sposób. Chodzi mu o rząd dusz. Dopiero jak ktoś wystąpi przeciwko niemu otwarcie, dostanie po łbie. I zostanie nałożona na niego klątwa.
Sebastian, praktycznie przez Piotra ubezwłasnowolniony, dobija do miejsca, w którym powrót do dawnego życia wydaje mu się niemożliwy, nawet jeśli byłby przezeń pożądany. Niestety, liczne mechanizmy psychologiczne stojące za sekciarstwem są dla niego tajemnicą, a co za tym idzie, i dla oglądającego. Mnożące się pytania zostają bowiem bez odpowiedzi. "Niebo" tylko prześlizguje się, przeskakuje raczej, po kwestiach problemowych, nigdy nie zagłębiając się w podjęte zagadnienia. Skupiony na losach Kellera serial jest zaskakująco i rozczarowująco mało introspektywny, jakby nie potrafił określić dystansu, który powinien trzymać do portretowanego bohatera. Zwykle odchodzi od niego zbyt daleko na płaszczyźnie charakterologicznej. Posiłkując się samym obrazem, nie sposób orzec, dlaczego Sebastian (i nie tylko on) podejmuje wszystkie te decyzje, czym jest motywowany, jakie ma potrzeby, ambicje, oczekiwania. I nie chodzi bynajmniej o konieczność ciągłego tłumaczenia odbiorcy stanu Kellera, raczej o pochylenie się nad nim, bo od początku do końca pozostajemy nieco zagubionymi, biernymi obserwatorami jego przemian.
Oczywiście jest to jedynie domysł, ale kolejne odcinki "Nieba" ogląda się z poczuciem, że nie mano tutaj dość materiału, aby uszyć z tego pięciogodzinną fabułę. A przecież to zakrawa na stwierdzenie karkołomne. Nie wykorzystano potencjału tkwiącego w tej historii. Może błędem było niewolnicze przywiązanie się do Kellera, do odtworzenia jego osobistej opowieści, w której nikną inne postaci (poza Piotrem i Anetą, duchową żoną Sebastiana), ale te wszystkie "może" da się jeszcze długo mnożyć. Nie działa to na korzyść serialu z przyczyn oczywistych, bo to nie trudne problemy do rozgryzienia, z którymi zostajemy pozostawieni po emisji, tylko zwyczajne braki.
Krytyk filmowy i tłumacz literatury. Publikuje regularnie tu i tam, w mediach polskich i zagranicznych, a nieregularnie wszędzie indziej. Czyta komiksy, lubi kino akcji i horrory, tłumaczy rzeczy... przejdź do profilu