Recenzja filmu

Król dopalaczy (2026)
Pat Howl
Tomasz Włosok
Vanessa Aleksander

Więcej znaczy mniej

Mam nieodparte wrażenie, że twórcy (...) chcą wszystkiego więcej: więcej kolorowych świateł rozświetlających z każdej strony twarze bohaterów, więcej chaotycznie zmontowanych scen, więcej
Więcej znaczy mniej
Jeśli ktoś chciałby więcej po "Chcę więcej", czyli więcej fabuł o spektakularnych przekrętach, więcej społecznych moralitetów o chadzaniu przez życie na skróty, wreszcie więcej Jana Frycza w standardowej dla niego roli wygadanego gangstera, to specjalnie dla nich przygotowano "Króla dopalaczy". Podobieństw do niedawnego filmu z Maciejem Musiałowskim w roli głównej jest więcej: oba twierdzą, że bazują na autentycznej historii, w obu główny bohater to młody mężczyzna, który pragnąc godnego życia, nieco się pogubił, a przede wszystkim oba chcą być jednocześnie i ważne, i atrakcyjne – ale ani jedno, ani drugie im nie wychodzi. 


W zasadzie główne różnice są takie, że Musiałowskiego zastępuje Tomasz Włosok, Julię WieniawęVanessa Aleksander, a oszustwa na Blika – biznes z dopalaczami. Reszta – bez zmian: młody, sympatyczny bohater – Dawid – nie ze swojej winy (tym razem przez odziedziczone po ojcu długi) potrzebuje bardzo szybko zdobyć większą sumę pieniędzy, co prowadzi go do rozwiązań niezgodnych z prawem, a przynajmniej z sumieniem. Tym razem sprawa jest odrobinę bardziej skomplikowana, bo rzecz właśnie w tym, że interes z dopalaczami jako zamiennikami dla narkotyków jest całkowicie legalny – problem w tym, że jest niemoralny, prowadzi do zatruć, a nawet zgonów. Najistotniejsze jest jednak to, że obaj bohaterowie nie potrafią się zatrzymać, gdy osiągną swoje finansowe cele – zatracają się w chciwości.

Oba filmy stawiają też bardzo jednoznaczne i nieprzychylne tezy o dzisiejszych młodych ludziach: mają co prawda z początku dla nich całkiem sporo sympatii, doceniają nawet ich pomysłowość i przedsiębiorczość – szczególnie "Król dopalaczy" – ale ostatecznie machają im przed nosem paluszkiem, wytykając najgorsze przywary: egoizm, brak etycznych fundamentów, tendencję do chadzania przez życie na skróty. W związku z tym "Król dopalaczy" to kino ze wszech miar kaznodziejskie, może dlatego jest tak bardzo nudne i w rzeczywistości dalekie od problemów młodych ludzi – patrzy na nich z góry, ignorując prawdę o ich stylu życia i przeciwnościach losu, z którymi faktycznie się mierzą. Nie bez powodu jedna ze scen filmu Pata Howla rozgrywa się w kościele – mefistofeliczny bohater świętokradczo łowi w nim niewinne duszyczki, by ściągnąć je na sam dół piekieł. Twórcy wpisują całą sprawę w religijny kontekst walki dobra ze złem, zamiast dostrzec w niej szerszy problem społeczny – z nadmierną penalizacją miękkich narkotyków, brakiem rozwojowych perspektyw dla młodych ludzi i nadmiernym idealizowaniem przedsiębiorczości jako życiowej drogi.  


Efekt jest taki, że trudno o film dalszy od realizmu. Wszystko w nim jest udawane i nieautentyczne. Począwszy od punktu wyjścia: młody bohater niby dziedziczy po ojcu ogromne długi, ale przecież w rzeczywistości każdy spadek (wraz z długami) w największej części przypada w pierwszej kolejności żonie (która w filmie ma się zupełnie dobrze), a nie dzieciom. Twórcy próbują nas przekonać, że bohater musi poradzić sobie ze wszystkim sam, a matka o niczym nie wie. Takich scenariuszowych bubli, które pozwalają scenarzystom budować tę historię, jest znacznie więcej. Kolejny znów naznacza tę historie już na starcie i ponownie wiąże się z feralnym spadkiem – piekarnia ojca musi pójść pod młotek, bo mężczyzna oddawał niesprzedane pieczywo do domu dziecka, co urząd skarbowy zakwalifikował jako darowiznę, której mężczyzna nigdy nie księgował. A Dawid, zamiast iść z tym do pierwszego lepszego adwokata, bierze się od razu za wypiekanie dopalaczy. Po drodze do równie wątpliwego finału czeka nas cała kawalkada problematycznych scenariuszowych zakrętów i niedokończonych wątków: bohater macha mafiosowi przed twarzą majtkami jego dziewczyny, chwaląc się, że ją miał, a gangsterowi najwyraźniej wszystko jedno, bo nie spotyka się to zachowanie z jakąkolwiek reakcją. Dalej: Dawid wiezie do szpitala znajomą, której zaszkodził towar, ale po drodze zostawia ją na przystanku. I od tego momentu fabuła przestaje się nią interesować. Co więcej, twórcy próbują nas przekonać, że król dopalaczy nie ma bladego pojęcia o tym, że tworzone przez niego substancje są szkodliwe. I tylko nie wiadomo, czy z nas próbują robić idiotów, czy ze swojego bohatera. 


Oddzielnym problemem jest konstrukcja postaci – ich psychologia, motywacje, logika postępowania. Najdziwniejszy jest Lewy – miejscowy policjant, stylizowany na jedynego sprawiedliwego, który wyrasta w tej historii spod ziemi, nagle i bez żadnego wprowadzenia, a tym samym bez właściwości i tożsamości. Niby ma być tym dobrym, a jest kukłą, martwym klockiem w fabularnej układance, przedstawiającej klasycznie czarno-biały świat. Dziewczyna Dawida – Paula – jest niemniej osobliwa. Ma w tej historii podwójną rolę do odegrania i w żadnej nie jest wiarygodna. Najgorzej jest jednak z samym królem, który z początku zdaje się miłym i ułożonym chłopakiem, z jasno określonymi życiowymi planami i sensownym pomysłem na siebie – z kumplem rozkręcają agencję reklamową. Jak to więc możliwe, że w jedną chwilę zamienia się w bezwzględnego handlarza śmiercią? Sam motywuje to chęcią "bycia kimś", co wydaje się nowym uniwersalnym wytrychem fabularnym, bo w "Chcę więcej" brzmiało to jakoś podobnie. Najwyraźniej w dzisiejszej Polsce nie da się "być", nie bujając się w drogich furach, nie wciągając podejrzanych prochów w kiblach luksusowych klubów i nie chadzając w fikuśnych futrach. 


Ale być może to po prostu stara jak świat opowieść o nienasyceniu, którego nie zagłuszy żaden samochód, żadna willa, żaden jacht. Więcej, więcej, więcej! Mam nieodparte wrażenie, że twórcy cierpią na podobny syndrom. Chcą wszystkiego więcej: więcej kolorowych świateł rozświetlających z każdej strony twarze bohaterów, więcej chaotycznie zmontowanych scen, więcej fabularnych elips, które mają stanowić alibi dla opowiadanej historii. Szkoda jedynie, że sensu, logiki i autentyzmu w tym wszystkim jakby mniej, mniej i mniej… 
1 10
Moja ocena:
4
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?