Recenzja filmu Slow West (2015)
John Maclean

Nie taki Zachód dziki

Reżysera i scenarzystę Johna Macleana nie interesuje realizm, dlatego sięga po estetykę zbliżoną do tego, co charakteryzuje kino Wesa Andersona. To odpowiednik komiksowej ligne claire – stylu, w ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Slow West (2015)
Dziki Zachód odczarowywano wiele razy. Nie ostygli jeszcze w grobach ostatni wielcy wodzowie, gdy pierwsi spryciarze zaczęli kręcić wokół tematu biznesy. Samozwańczy herosi podkręcali swoje życiorysy pomagające sprzedać ich nazwiska w cyrkowych rewiach i tanich powieściach, którymi zaczytywali się marzący o przygodach chłopcy. Pałeczkę przejęło kino, produkując bajki o dobrych kowbojach i złych Indianach, potem o złych kowbojach i dobrych Indianach. Western zamienił się w antywestern, Nowy Świat w śmierdzący i błotnisty Mordor, aż Dziki Zachód przestał mieć jakiekolwiek związki z realną czasoprzestrzenią i stał się płynną celuloidową legendą. Tak też potraktował go Jim Jarmusch w "Truposzu", z którym "Slow West" jest duchowo blisko spokrewniony. Oba filmy bawią się filmową mitologią, z realizmu uciekają w poetycką umowność. Oba skąpane są po uszy w humorze jednocześnie absurdalnym i delikatnym. W obu niewinny bohater trafia do krainy brutalności i zepsucia, by pod okiem miejscowego przewodnika utracić złudzenia i zderzyć się ze śmiercią. 

photo.title

Siedemnastoletni Jay (Kodi Smit-McPhee) przybywa do Kolorado ze Szkocji w poszukiwaniu miłości swojego nastoletniego życia, która uciekała tu przed kłopotami, w jakie on sam ją wpakował. Dość powiedzieć, że teraz za głowę Rose i jej ojca wyznaczona jest nagroda, na którą chętnie połasi się każdy awanturnik szukający łatwego zarobku, a dobre maniery i książkowy poradnik dla pionierów, który wiezie ze sobą młody panicz, szybko okazują się niewystarczającymi argumentami w podbijaniu Dzikiego Zachodu. Szczęśliwie chłopiec trafia pod skrzydła doświadczonego zabijaki (Michael Fassbender), proponującego mu płatną eskortę. Już w scenie spotkania widzimy, że jej koszt będzie wyższy, niż umówione 100 dolarów. Na dzień dobry rewolwerowiec robi przegląd bagażu, którym młody naiwniak objuczył swojego konia, bezlitośnie patrosząc jego walizkę ze zbytecznych przedmiotów, a głowę z romantycznych złudzeń na temat podróży, cywilizacji i miłości. Ta scena to trochę metafora całego filmu, na kilku poziomach opowiadającego o utracie niewinności. W tle odbywa się eksterminacja rdzennych mieszkańców Ameryki.

Poza celem podróży bohaterów różni niemal wszystko. Jay kurczowo trzyma się tego "nadbagażu" decydującego o człowieczeństwie, a przed snem wpatruje w znajome gwiazdozbiory. Silas nasłuchuje zbliżających się wilków i sam próbuje upodobnić się do praktycznego drapieżnika. "Według niego byliśmy w kraju nadziei i dobrej woli. Ja widziałem to inaczej: kopnij byle kamień, a wypełznie spod niego zabijaka, gotowy wbić ci nóż w serce, jeśli tylko może zarobić na tym dolara". Gdyby nie cyniczny prostak, Jay nie dowiózłby tych swoich wzniosłych ideałów zbyt daleko, ale jak zdarzało się to wielokrotnie w historii, kultura podbijanych ludów podbija w końcu barbarzyńskich najeźdźców. Silas powoli zmienia się pod wpływem chłopca, przypomina sobie lepszego siebie, choć ciągle diametralnie dzielą ich interesy.
photo.title

To, co zasadniczo różni "Slow West" od filmu Jarmuscha, to estetyka. Jarmusch z zasady odwraca głowę od atrakcyjnego obrazka i nawet w pałacu maharadży potrafiłby znaleźć zapluty kąt, wyglądający jak dworcowa toaleta. Tymczasem bogate w detale zdjęcia Robbiego Ryana, stałego operatora Andrei Arnold, wprowadzają w świat brutalnej, ale pięknej bajki. Pod Kolorado podszywają się tu barwna roślinność i zapierające dech w piersiach krajobrazy Nowej Zelandii, co nie ma znaczenia o tyle, że reprezentują one przestrzeń umowną. Reżysera i scenarzystę Johna Macleana nie interesuje realizm, dlatego sięga po estetykę zbliżoną do tego, co charakteryzuje kino Wesa Andersona. To odpowiednik komiksowej ligne claire – stylu, w którym każda postać i obiekt na ekranie osiągają maksymalną i równorzędną wyrazistość; gdzie wszystko wydaje się pociągnięte grubym konturem, szukającym często karykaturalnego przerysowania, wraz z towarzyszącym mu poczuciem humoru.  
photo.title

Najpoważniejszy problem ze "Slow West" jest taki, że mocno przeświecają przez niego oczywiste inspiracje. Filmy inspirujące tę opowieść towarzyszą jej jak cień, w którym blednie to, co pozornie powinno być jej największą zaletą – oryginalność. Ale John Maclean nie zgrywa się na pioniera i nie pozuje na głęboko zamyślonego mędrca, za to doskonale potrafi łączyć składniki i zbalansować nastrój, co sprawia, że wyprawa do Kolorado ciągle jest warta zachodu. Szwy są subtelne: między tragizmem a komizmem panuje taka sama harmonia jak między brutalnością i delikatnością. Także aktorzy doskonale wyczuwają tonację tej parodii kina akcji, w której los pomiata ludźmi jak bohaterami antycznej tragedii, kpiąc z ich działań i postanowień. Muzyczne metafory nie są całkiem od czapy, bo choć w świecie kina Maclean jest debiutantem, niektórzy z Was pewnie kojarzą go jako członka kultowej grupy The Beta Band. Dba o przejrzystość swojej "linii melodycznej" także w fabule: sprawnie przechodzi od punktu do punktu, nie ma tu ani jednego ujęcia, które nie służyłoby rozwojowi fabuły czy relacji bohaterów, a film nie trwa ani minuty dłużej, niż jest to konieczne, by zbudować wrażenie podróży. Ostatecznie to opowiedziana z humorem bezpretensjonalna historia miłosna. A miłość, tak jak śmierć – zauważa w jednej ze scen młody bohater – są uniwersalne.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (112 głosów).
Darek Arest
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry

przeczytaj również recenzje użytkowników (2)