Recenzja filmu Wendeta (2016)
Martin Koolhoven

Nie zadzieraj z kaznodzieją

Dwuipółgodzinna karuzela bestialskiej przemocy nie wstrząsa, nie wybija z rutyny, nie dostarcza też - jak na kino spod znaku exploitation przystało - choćby odrobiny rozrywki. Wpędza za to w ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Wendeta (2016)
Holenderskiemu westernowi "Brimstone" trudno zarzucić cokolwiek pod kątem realizacji bądź rzemiosła aktorskiego. Film walczy w tym o roku o Złotego Lwa w Wenecji, co świadczy o tym, że dla organizatorów festiwalu musiał wydać się dziełem frapującym i wartym uwagi. Sam nie potrafię go jednak ani polubić, ani nawet zaakceptować. Dwuipółgodzinna karuzela bestialskiej przemocy nie wstrząsa, nie wybija z rutyny, nie dostarcza też - jak na kino spod znaku exploitation przystało - choćby odrobiny rozrywki. Wpędza za to w podły nastrój i finalnie znieczula na ekranowe okropieństwa serwowane w tempie karabinu maszynowego.  

Akcja "Brimstone" rozgrywa się w XIX-wiecznej Ameryce. Niemowa Liz (Dakota Fanning) wraz z mężem, córką i pasierbem należy do niewielkiej społeczności holenderskich osadników. Centralnym punktem na mapie wioski jest kościół, w którym wychowani w surowej protestanckiej wierze mieszkańcy spotykają się, by słuchać homilii o przypiekanych w piekle duszach potępieńców. W trakcie kolejnej wizyty w świątyni Liz poczuje się, jakby sama zstąpiła do królestwa Lucyfera. A wszystko za sprawą nowego Wielebnego, który z nieznanych dla widza powodów zamierza zamienić życie głównej bohaterki w kaźń.  

Wybebeszanie, wieszanie, palenie, podrzynanie gardeł, odcinanie języków, morderstwa zwierząt, torturowanie dzieci, przemoc seksualna, kazirodztwo - to tylko ułamek pokaźnego repertuaru atrakcji, jakie przygotował reżyser Martin Koolhoven. W "Brimstone" mało jest miejsca dla niedomówień i pracy wyobraźni. O ile zmasakrowane zwłoki noworodka pokazywane są jeszcze ukradkiem, o tyle ofiarę, na której szyi zaciśnięto powróz z jej własnych jelit, sfilmowano już z detalami. Królem krwawego karnawału jest oczywiście Wielebny grany na granicy karykatury przez Guya Pearce'a. To postać rodem z kina grozy, będąca połączeniem Vincenta Price'a z "Pogromcy czarownic", Roberta Mitchuma z "Nocy myśliwego" oraz Jasona Voorheesa. Rozmodlony, seksualnie sfrustrowany psychopata, któremu wydaje się, że jest gniewnym starotestamentowym Bogiem. Niepowstrzymanym, niezniszczalnym i gotowym na wszystko, by wypełnić swoją misję.   

Scenariusz filmu został podzielony na cztery rozdziały. Drugi i trzeci są rozbudowanymi retrospekcjami, z których dowiadujemy się więcej o Liz oraz genezie jej konfliktu z Wielebnym. W zamierzeniu reżysera wsteczna narracja miała, jak rozumiem, ująć fabułę w ramy podróży do korzeni zła. Ów bombastyczny koncept uwydatniają wysmakowane zdjęcia wybitnego operatora Nicolasa Karakatsanisa (niektóre obrazy zachwycą fanów "Zjawy" i "The Witch") oraz wszechobecna biblijna symbolika. Za tą efektowną otoczką nie kryje się jednak żadna refleksja. Z  kolei piętnowanie fanatyzmu religijnego, mizoginii i patriarchatu wydaje się zaledwie pretekstem do kolejnych drastycznych scen. Dodajcie do tego używane bez umiaru chwyty rodem z tanich dreszczowców, a otrzymacie kino klasy B bezczelnie podszywające się pod kino klasy A. Jak to mawia Wielebny, strzeżcie się fałszywych proroków.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (258 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)