Recenzja filmu Całe szczęście (2019)
Tomasz Konecki

Nieszczęście w szczęściu

Między odtwórcami głównych ról, Piotrem Adamczykiem i Romą Gąsiorowską, jest tu tyle chemii co w żywności z ekologicznych kaszubskich gospodarstw. Na nic zdają się romantyczne okoliczności ...
Filmweb sp. z o.o.
Nie wiem, jak to o mnie świadczy, ale na hasło "nowa komedia twórców "Listów do M. 3" i "Podatku od miłości" nie zareagowałem mdłościami. Wymienione tytuły - choć zrodzone w arkuszu kalkulacyjnym i sformatowane pod widownię TVN-owskich seriali - miały wystarczająco dużo wdzięku i humoru, by patrzeć przez palce na ich ewentualne niedociągnięcia. Niestety, w stosunku do "Całego szczęścia" trudno jest mi zdobyć się na podobną wyrozumiałość. Film Tomasza Koneckiego stanowi nużący mariaż nieśmiesznej komedii, mdłego rodzinnego melodramatu oraz spotu reklamowego promującego turystyczne walory Kaszub.


Wśród lasów i jezior, pól malowanych i plaż jak z obrazka rozgrywa się historia miłosna Roberta i Marty. On jest skromnym wdowcem grającym na trójkącie w orkiestrze filharmonii. Ona to celebrytka-milionerka, guru fitnessu i specjalistka od coachingu, wbijająca swoim wyznawcom do głów mantrę, że "człowiek ma albo wymówki, albo wyniki". Podczas gdy on w wolnym czasie remontuje zdezelowany kuter albo odrabia lekcje z synem, ona lata na lotni bądź zwiedza najodleglejsze zakątki Ziemi. W to, że kopciuszek z Pucka i warszawska królewna zaczynają pałać do siebie uczuciem, trzeba uwierzyć autorom filmu na słowo. Między odtwórcami głównych ról, Piotrem Adamczykiem i Romą Gąsiorowską, jest bowiem tyle chemii co w żywności z ekologicznych kaszubskich gospodarstw. Na nic zdają się romantyczne okoliczności przyrody i pobrzmiewające w tle melancholijne jazzowe utwory, gdy z ekranu bije wielki chłód.


Uczciwie trzeba zaznaczyć, iż aktorzy nie mają tu dostatecznego wsparcia ze strony scenarzystów. Dialogi szeleszczą papierem, akcja wlecze się w tempie przeciekającej łódki, a szczytem komediowej kreatywności jest scena gaszenia przez Adamczyka w stroju Adama spalonych batatów. Marcin Baczyński i Mariusz Kuczewski zupełnie nie wykorzystują także potencjału wyjściowego pomysłu. Wydawałoby się, że skoro bohaterka Gąsiorowskiej jest jedną z najpopularniejszych Polek, jej romans ze "śmiertelnikiem" rozgrzeje do czerwoności plotkarskie media. W "Całym szczęściu" paparazzi  znikają jednak z historii dokładnie w tym momencie, w którym powinni zacząć gonić za Martą niczym stado wściekłych psów. W efekcie to, co zaczyna się jak polska wersja "Notting Hill", z czasem ewoluuje w kierunku mało wiarygodnego wyciskacza łez z nietrudnym do przewidzenia fabularnym twistem.


Reżyserowi Tomaszowi Koneckiemu oraz producentom należy się mimo wszystko kilka pochwał. Po pierwsze, nie epatują tak popularnym w rodzimych komediach romantycznych nachalnym product placementem. Z "Całego szczęścia" nie dowiecie się więc - na szczęście! - jakim samochodem jeździć, co jeść i gdzie kupić karnet na siłownię.  Po drugie, do roli syna Roberta twórcy znaleźli zdolnego Maksa Balcerowskiego, który  zdołał ożywić wyciętą z szablonu postać dojrzałego ponad wiek, pouczającego dorosłych dzieciaka. Na drugim planie cieszy z kolei obecność świetnego aktora charakterystycznego Joachima Lamży - jako gderliwy, cięty na turystów pan Stefan dostarcza on w trakcie seansu  nielicznych okazji, by widz mógł się uśmiechnąć.

Gdy nadchodzi wreszcie finał opowieści, zamiast wzruszenia czuje się głównie ulgę. Całe szczęście, że to już koniec. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 78% uznało tę recenzję za pomocną (27 głosów).
Łukasz Muszyński
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby