Recenzja filmu Herezja (2018)
Paul Hyett

Nunsploitation

Z CV Hyetta wynika, że spędził karierę na przygotowywaniu horrorowych efektów specjalnych (pracował m.in. przy "Zejściu"), ale i w tym aspekcie nie ma szału: jakieś świecące w ciemności oczy, ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Herezja (2018)
Choć zakonnice oddają się Bogu, wiele z nich odnajduje jeszcze drugie powołanie: strach. Groza realistyczna, groza fantastyczna, groza klasyczna? Każda ma swoje siostrzyczki: tu sadystyczne siostry Magdalenki z filmu Petera Mullana, tam mantrująca "wstyd, wstyd, wstyd" septa Unella z "Gry o tron", jeszcze gdzieś upiorna zakonnica z horroru zatytułowanego – hmm – "Zakonnica". "Herezja" wpisuje się w tę chlubną tradycję: reżyser Paul Hyett zagląda z kamerą za klasztorne mury, tyleż w poszukiwaniu fabuły, co pretekstu do kolejnych jump-scare'ów. Habit jednak nie czyni – ani mnicha, ani zakonnicy, ani nawet dobrego filmu. 

photo.title

Akcja "Herezji" toczy się w XVII-wiecznej Anglii, w czasach, gdy kraj ogarnęła gorączka polowań na czarownice. Ale Hyetta niezbyt interesuje historyczne tło czy mechanizm zbiorowej psychozy. Chodzi o pretekst: sprawdziłoby się cokolwiek z kobietami i diabłem w rolach głównych. Dość powiedzieć, że grający złowrogiego inkwizytora Michael Ironside nawet nie próbuje ukryć, że mówi z akcentem nie z tego kontynentu, co trzeba. Jego epizodyczny występ to zresztą esencja aktorskiego autopilota. Cedzić przez zęby złowieszcze linijki dialogu i patrzeć spode łba aktor potrafiłby zapewne obudzony niespodziewanie w środku nocy. Dalej nie jest lepiej.

Oto oskarżona o czary niewiasta (Hannah Arterton) zostaje ocalona przed kaźnią przez tajemniczą zakonnicę (Clare Higgins). Pod jednym warunkiem: musi wstąpić do klasztoru. Gdyby ktoś miał złudzenia, że historia pójdzie w jakąś niespodziewaną stronę, informuję, że bohaterka ma na imię Persefona. Proste: mityczna córka Zeusa trafiła do podziemnego królestwa Hadesa, nas czeka więc wizyta w jedynym rodzaju zakonu, jaki funkcjonuje w horrorze – tym opętanym przez złe moce. Mniejsza jednak, że punkt wyjścia jest oczywisty; z tym jeszcze dałoby się pracować. Problem w tym, że Hyett opowiada swoją historię, jakby odbębniał paciorek przed snem. 

Okej, część winy należy zrzucić zapewne na karb budżetowych ograniczeń. Trudno o sugestywne budowanie klimatu, kiedy musisz ukrywać scenograficzne niedostatki w zbyt bliskich ujęciach i zbyt szaroburej palecie kolorystycznej. Fabularno-obsadowej mizerii nic już jednak nie usprawiedliwi: bohaterki dzielą się na zakonnice Bogu ducha winne i zakonnice jak najbardziej winne (no dobra, jest jeszcze szlachetny chłopiec), aktorki podają dialogi z godną parodii teatralną emfazą, a na fabułę składa się ciąg scen, w których jedna siostra strofuje drugą, kopiuj i wklej. Co więcej, nie do końca wiadomo, o co chodzi, ale też nic nie prowokuje chęci, by się tego dowiedzieć.  

photo.title

Z CV Hyetta wynika, że spędził karierę na przygotowywaniu horrorowych efektów specjalnych (pracował m.in. przy "Zejściu"), ale i w tym aspekcie nie ma szału: jakieś świecące w ciemności oczy, jakaś obcięta część ciała. Grozy ani widu, ani słychu, aż zaczynasz marzyć o najordynarniejszym jump scarze. Tak, to taki film, w trakcie którego z nudów modlisz się, żeby twórcy zrobili w końcu cokolwiek: choćby popełnili grzech największego gatunkowego rutyniarstwa. Na plakacie "Herezji" czytamy co prawda "odpuść nam nasze winy", ale brzmi to jak myślenie życzeniowe reżysera. Jeśli jesteście w miłosiernym nastroju, zapraszam do kina. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 81% uznało tę recenzję za pomocną (16 głosów).
Jakub Popielecki
ocenia ten film na:
1 10 2/10 bardzo zły