Recenzja filmu Polaroid (2019)
Lars Klevberg

Prześwietlone klisze

Próżno tu szukać jakiegoś punktu zaczepienia, interesującego kontekstu, czy chociażby ciekawej roboty filmowej. Mówiąc krótko, "Polaroid" to kolejny horrorek z hollywoodzkiej sztancy. 
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Polaroid (2019)
Kino grozy nigdy nie stroniło od rekwizytu, mało tego – zwykle go fetyszyzowało. I nie chodzi nawet o maskę Jasona czy gwoździe z czachy Pinheada, które urosły do rangi popkulturowych symboli, ale o rekwizyty pełniące funkcje nieco bardziej, powiedzmy, utylitarne. 

photo.title

Weźmy na przykład kasetę z "Ringu", która straszyła aż do samego końca ery VHS, choć ostatecznie nawet jej demoniczna właścicielka musiała przenieść się do sieci. Kiedy Koji Suzuki pisał swoją adaptowaną kilkukrotnie powieść, techniczne strachy epoki analogowej jak najbardziej mogły manifestować się przez nośnik materialny. Dziś jednak ma on status zapomnianego artefaktu, o którym lubi opowiadać starsze rodzeństwo. Nie wykluczam, że właśnie dlatego u Larsa Klevberga zło zalęgło się gdzieś w trzewiach aparatu fotograficznego wypluwającego z siebie wywołane już zdjęcia - kiedyś szczytowego osiągnięcia zachodniej myśli przemysłowej, dziś - reliktu minionej epoki. Ba, nieprzypadkowo główna bohaterka, nastoletnia Bird, nawiedzony sprzęt zdobywa dzięki posadzie antykwariuszki.

photo.title

Nieśmiała i wycofana licealistka szybko orientuje się, że robiąc swoim przyjaciołom zdjęcie, nieświadomie rzuca na nich swoistą klątwę. A nad kim zawiśnie tajemniczy cień, po tego niebawem przychodzi rzężący stwór. Świst jego oddechu mógłby być szczerze przerażający, gdyby Klevberg nie skroił swojego filmu dla miłośników  odbębnianych naprędce „podskostrachów”, jednoczesnego ataku ogłuszającym dźwiękiem i poszatkowanym obrazem. Czar pryska, atmosfera rozwiewa się, a napięcie spada do zera, gdy po trzecim czy czwartym razie orientujemy się, że nie stosuje się tutaj innej strategii. Tajemnica, którą kryje aparat, znajduje swoje cokolwiek przewidywalne, acz okraszone twistem wyjaśnienie. Prowokuje też ciekawe pytania, na które nie doczekamy się niestety odpowiedzi. Może dałoby się napisać kilka zdań o finałowym pojedynku z monstrum, bo rozprawiono się z nim całkiem pomysłowo, ale za dużo tu białych plam i scenariopisarskiego lenistwa. Jeśli chcieliście poznać zasady działania "nawiedzonego" polaroida, cóż - będziecie musieli żyć w niewiedzy.


 Klevberg ma trochę gorzej, bo zostanie zapamiętany jako człowiek, który debiutował filmem miernym i nieinteresującym, podrzucanym sobie przez studia i stacje jak kukułcze jajo. Realizacyjna zawierucha to jedno, ale niewykluczone, że Klevberg, który pełny metraż ulepił ze swojej krótkiej etiudy, po prostu nie był przygotowany na podobne zderzenie z rzeczywistością. Podobną wersję zdarzeń potwierdzałaby grana równolegle z omawianym filmem, całkiem niezła "Laleczka", również przez niego wyreżyserowana. Pozostaje mieć nadzieję, że szybko się uczy. 

Tytułowy polaroid dla pokolenia nastoletniej Bird równie dobrze mógłby być jakimś tajemniczym przedmiotem kultu z minionego czasu albo dziwacznym ustrojstwem z innego wymiaru - nic dziwnego, że tak łatwo przyszło nadać mu diabelskie moce. Bo kto, poza entuzjastami i profesjonalistami, dzisiaj robi zdjęcia aparatem, skoro przez cały czas nosi przy sobie całe kieszonkowe centrum informacji i rozrywki? Niestety Klevberg nie eksploruje podobnego, chyba najciekawszego w tej opowieści, tropu. Zamiast uczynić swój film pojemnym znaczeniowo, wydrążył go z sensów. Próżno tu szukać jakiegoś punktu zaczepienia, interesującego kontekstu, czy chociażby ciekawej roboty filmowej. Mówiąc krótko, "Polaroid" to kolejny horrorek z hollywoodzkiej sztancy. 





Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 80% uznało tę recenzję za pomocną (5 głosów).
Bartosz Czartoryski
ocenia ten film na:
1 10 3/10 słaby
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię