Recenzja filmu Największy dar (2018)
Juan Manuel Cotelo

Przekonywanie przekonanych

Przyznam szczerze, że opowieść, której tematem, punktem wyjścia i zwieńczeniem są wartości (nieistotne jakie!), żeby skruszyć moje serce i zatrzymać mnie przy sobie nieco dłużej, powinna frapować ...
Filmweb sp. z o.o.
Mało co tak dzieli kinową publiczność jak religijny film z tezą. Gdy dla części wierzących wystarczającą metodą i argumentem jest szczerość intencji i dobre serce twórcy, sceptyk w tym czasie kurczy się pod presją emocjonalnego szantażu na usługach Idei. Niech Bóg ma mnie w opiece, a miłośnicy twórczości Juana Manuela Cotelo ("Mary's Land. Ziemia Maryi") wybaczą mi, ale po seansie jego najnowszego filmu czuję się dydaktycznie wymięty. Jak gdyby trener osobisty Mateusz Grzesiak zaciągnął mnie na festiwal moralitetów, gdzie gwiazdą był noszący aureolę Paulo Coelho, audytorium składało się z kilkulatków, a festiwalowe miasteczko okazało się jednym wielkim konfesjonałem.

photo.title

Nominalnie "Największy dar" zapowiada sympatyczną gatunkową rewolucję. Oto pewnego reżysera – w tej roli sam Cotelo – przed ostatnim klapsem nachodzi na planie filmowym cokolwiek komediowa zagwozdka. "A gdyby tak nikt w tym westernie nie ginął?". Coraz bardziej zniecierpliwionej ekipie nie takie dylematy w głowie. Nagle fikcja przenika się z rzeczywistością: aktorzy przedawkowują "metodę" i chcą naszego pechowca zlinczować. Jak to na Dzikim Zachodzie bywa. By przekonać ich, że łańcuszek zemsty tylko pozornie prowadzi do happy endu, Cotelo rusza w świat i filmuje świadectwa chrześcijańskiego przebaczenia – silniejszego niż pragnienie zemsty, śmierć, choroba i wszystkie grzechy śmiertelne razem wzięte.

Jeśli hiszpańskiego reżysera wyobrażacie sobie jako kinofila w rodzaju Tarantino, który przewartościuje końską operę, lub jako Slavoja Zizka demaskującego gatunkową ideologię, czeka Was srogi zawód. Pozbawionemu jakichkolwiek intelektualnych pretensji Cotelo bliżej do zawsze gotowej wysłuchać Oprah Winfrey, którą los obdarzył poczciwym spojrzeniem Roberto Benigniego. Fikcyjna inscenizacja jest dla niego bowiem tylko pretekstem do snucia motywacyjnej dydaktyki rodem z talk show. Znacie tego rodzaju programy: bogata inscenizacja scenek urąga waszej wyobraźni, metafora nie istnieje, slow motion pojawia się w momentach ekstremalnych emocji, które z kolei ilustruje zdolna góry przenosić muzyka. W "Największym darze" konwencja świadectw umożliwia wysłuchanie historii m.in. beznogiej ofiary ataku terrorystycznego, byłego członka IRA, mężczyzny, który zwalczył w sobie pragnienie zemsty na przemocowym ojcu, kochających się małżonków po 5-letniej separacji, jak również krewnych ofiar ludobójstwa w Rwandzie oraz ich oprawców. Łączy ich duchowo-biograficzny schemat. Bóg dał im siłę, by przebaczyć – sobie lub innym.

photo.title   photo.title   photo.title

To przykłady nierzadko heroiczne, bez wątpienia godne podziwu, słusznie pacyfistyczne, motywacyjne aż nadto. I jako takie spełnią swoją funkcję u osób, które tego potrzebują. U odbiorców nieco krytyczniejszych pojawią się jednak pytania o selekcję materiału pod ustaloną z góry tezę i o wybór przykładów szczęśliwie domkniętych. Psycholog mógłby w tym miejscu zgodzić się na przedstawienie chrześcijańskiego "przebaczenia w toku". Logika montażu Cotelo mówi jednak co innego: niesfinalizowane przebaczenie świadczyłoby chyba na niekorzyść Boga, skoro filmowiec ogranicza się tylko do pomyślnych finałów. Wybitne kino dokumentalne – na czele ze "Sceną ciszy" Oppenheimera czy "Nawet nie wiesz, jak bardzo cię kocham" Łozińskiego – pokazuje, że przebaczenie nie jest drogą na skróty, z jedną metą i jednym szczęśliwym zakończeniem. Przyznam szczerze, że opowieść, której tematem, punktem wyjścia i zwieńczeniem są wartości (nieistotne jakie!), żeby skruszyć moje serce i zatrzymać mnie przy sobie nieco dłużej, powinna frapować zawieszonym w powietrzu znakiem zapytania. Pokazane w "Największym darze" świadectwa, fundowane wiarą, Bogiem, Kościołem, świętym sakramentem, objawieniami maryjnymi w Kibeho czy w Medziugorie, są jak kropka postawiona w środku zdania, co to zamyka buzie i paraliżuje umysły. Że przebaczenie potrafi uzdrawiać dusze, a ludzkość opanował język konfliktu, wiemy nie od dziś. Z "Największego daru" nie wyciągniemy wiele ponad to. Przekonywanie przekonanych – nie tego oczekuję od kina.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 33% uznało tę recenzję za pomocną (6 głosów).
Gabriel Krawczyk
ocenia ten film na:
1 10 2/10 bardzo zły