Recenzja filmu Nie jestem czarownicą (2017)
Rungano Nyoni

I chociaż "Nie jestem czarownicą" to czysta fikcja, film ma mocne oparcie w faktach i opowiada o autentycznych praktykach. W niektórych zakątkach Afryki oskarżenia o czary również dzisiaj stosuje ...
Filmweb sp. z o.o.
Początek jest mocny. Więcej – to jeden z najmocniejszych komentarzy do współczesnych praktyk bieda-turystyki, jakie zdarzyło mi się oglądać w kinie. Siedzimy wciśnięci w fotele autokaru wycieczkowego, za oknem przewija się zambijski busz, w tle zawodzi Vivaldi. Marszrutka dojeżdża do drucianego ogrodzenia, turyści odkorkowują lufy aparatów i czekają na początek safari. Spodziewamy się pocztówki z lwem, zebrą i antylopą, lecz za płotem – w równych rządkach – siedzą stare kobiety. Do pleców ktoś przyczepił im białe wstążki – żeby nie odleciały i nie zaczęły porywać dzieci, mordować niewinnych. Wiedźmy – atrakcja hołubiona przez lokalny rząd – jakby na skinienie niewidzialnej batuty zaczynają szczerzyć kły i pohukiwać. A turyści się cieszą, bo wreszcie dostali kawałek "prawdziwej Afryki" – tradycyjnej, "magicznej", "pierwotnej". Przesąd zamienił się w przemysł. 


Jest to przy okazji scena, która w pigułce oddaje specyfikę tego filmu – "Nie jestem czarownicą" przecina przynajmniej kilka różnych granic. Satyra społeczna spotyka się z realizmem magicznym, krytyczne ostrze – wymierzone w praktyki postkolonialne, ale także w mizoginię afrykańskiego społeczeństwa – raz po raz natrafia na odśrodkową siłę pięknych, surrealistycznych obrazów. To błyskotliwy debiut, chociaż – jak większość debiutów – mocno nierówny. Rungano Nyoni – Brytyjka o zambijskich korzeniach – postawiła na epizodyczną strukturę, dlatego na dwa świetne momenty zwykle przypada ten trzeci, słabszy. Jednocześnie nie jest to typowy przypadek festiwalowego art-house'u, bo od średniej odbiega przystępnością. Wielka w tym zasługa swoiście "dwubiegunowej" tonacji filmu: melancholia, cierpienie i wyzysk splatają się z wyjątkowym poczuciem humoru reżyserki, która na kanwie banalnych sytuacji inscenizuje groteskowy teatr absurdu. 

Nyoni wciąga nas w historię 9-letniej Shuli – sieroty oskarżonej o czarownictwo i zesłanej do rezerwatu dla wiedźm. Po serii pseudotradycyjnych rytuałów, dziewczynka sama musi zdecydować o swoim przyszłym losie – albo zaakceptuje białą wstążkę przyszpiloną do pleców, albo zamieni się w "kozę": wyrzutka, którego każdy współplemieniec może bezkarnie zabić. Jej wybór nie ma zatem wiele wspólnego z dobrowolnością – w istocie Shula, jeśli chce przeżyć, musi zrezygnować z osobistej wolności i poddać się regułom przesądu. Niepodzielną władzę nad komuną wiedźm sprawuje pan Banda, minister turystyki i rekreacji, który zmusza stare kobiety do ciężkiej pracy w polu i czerpie zyski z wystawiania ich ciał na pokaz. Do Shuli wyrabia sobie stosunek jeszcze bardziej "komercyjny", bo magiczne moce dziewczynki zdają się naprawdę działać, a hojni mieszkańcy przynoszą w podzięce kosze z darami. System fabrykowania egzotyki zyskuje więc mocną legitymację społeczną i polityczną, a za rządową magią kryje się mechanizm podtrzymywania patriarchalnych stosunków – jak mówi żona Bandy, dawna wiedźma, "wstążki pozbywasz się, robiąc to, co ci każą, i słuchając męża". Tyle że Shula nie daje się łatwo sprowadzić do roli eksponatu i zaczyna z coraz większą siłą akcentować własną podmiotowość.


I chociaż "Nie jestem czarownicą" to czysta fikcja, film ma mocne oparcie w faktach i opowiada o autentycznych praktykach. W niektórych zakątkach Afryki oskarżenia o czary również dzisiaj stosuje się jako narzędzie społecznej kontroli – to tyleż element tradycji religijnych, co środek służący osobistej zemście i pomówieniu (np. jeśli chcemy pozbyć się z wioski nielubianej teściowej, czego doświadcza jedna z bohaterek filmu). Nyoni – pracując nad scenariuszem – spędziła podobno kilka tygodni w jednym z takich "obozów" dla wiedźm, wysłuchując traumatycznych historii poniżonych i wygnanych kobiet. A jednak realizm społeczny nie jest w moim odczuciu tym, co w debiucie młodej reżyserki intryguje najmocniej. O wiele ciekawsze są wszystkie te surrealistyczne momenty, w których nowoczesne technologie i kolonialna spuścizna białego człowieka wchodzą w interakcje z lokalną tradycją, nawzajem się podważając i kompromitując. Czasami są to wizje czarne, mocno fatalistyczne – jak w scenie programu telewizyjnego, kiedy Banta, z pełną aprobatą prowadzącego i publiczności, zachwala zdolności Shuli i próbuje handlować "magicznymi" jajami. Innym razem krytyczny humor jedynie delikatnie muska nasze kolana, czego przykładem jest pysznie ironiczny obraz wiedźm kupujących peruki "stylizowane" na Beyonce czy Rihannę – ikony czarnej popkultury. Ulotna obecność rozpoznawalnych, wyemancypowanych kobiecych ciał w afrykańskich sceneriach sawanny i buszu to jednocześnie trafny komentarz polityczny i artystyczna prowokacja. Przykład mocnego obrazu.

Nad światem wykreowanym przez Nyoni stale unoszą się widma fantazji – tych miejscowych, zakorzenionych w kulturze i tych zachodnich, pasożytujących na delikatnej afrykańskiej tkance społecznej. I niestety – wszystkie jednakowo często wykorzystuje się dla napełnienia prywatnej kiesy. Zysku poprzez wyzysk, po trupach do celu. Ale w "Nie jestem czarownicą" nie ma wbrew pozorom łatwej publicystyki. To film w pełni oparty na czystej wizualnej energii, opowiadający obrazami i z obrazów czerpiący własną siłę krytyczną. Choćby z tego powodu warto śledzić dalsze poczynania Nyoni. Mam przeczucie, że ta wrażliwość "urodzi" jeszcze wiele dobra. W końcu do reżyserskiej dojrzałości nie zawsze musi wieść długa i stroma droga. Zwłaszcza po tak udanym debiucie.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 82% uznało tę recenzję za pomocną (17 głosów).
Marcin Stachowicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry