Rogate ranczo

"I Hate This Place" to tytuł pełen sprzeczności. Z jednej strony otrzymujemy prostą historię z potencjałem, która przy odpowiednim poprowadzeniu mogłaby realnie zachęcić do sięgnięcia po komiksy,
Pismo obrazkowe próbowało opisać świat, zanim nauczyliśmy się tworzyć litery i zdania. Nic więc dziwnego, że komiksy tak dobrze odnalazły się we współczesności, opowiadając historie kadrem i kolorem. "I Hate This Place" chce tę tradycję kontynuować, przenosząc serię na język gier wideo. Pytanie tylko, czy interaktywność to naturalny krok naprzód, czy ryzykowna ingerencja w coś, co najlepiej funkcjonowało na papierze.



Cykl autorstwa Kyle’a Starksa i Artyoma Topilina bierze na warsztat motyw wymarzonego domu na odludziu, wywraca mu flaki na drugą stronę, ukazując jego mroczne, brutalne i absurdalne oblicze. W pierwowzorze Trudy i Gabby dziedziczą farmę będącą epicentrum wszystkiego, co dziwne i nieludzkie. To miejsce przyciągające duchy i potwory, w którym przetrwanie wymaga podporządkowania się brutalnym prawom rządzącym tym światem. Seria łączy pulpową grozę z czarnym humorem i neonową kolorystyką, budując klimat, w którym absurd miesza się z realnym zagrożeniem.



Choć gra czerpie z klimatu i założeń komiksu, różni się przede wszystkim perspektywą i konstrukcją fabuły. Zamiast znanego duetu otrzymujemy nową protagonistkę, Elenę, która wraca w rodzinne strony, by rozwikłać tajemnicę odejścia matki. Opowieść staje się bardziej osobista i skupiona na śledztwie, odkrywaniu trudnej przeszłości oraz niepewnej teraźniejszości. Gra przesuwa akcent z biernego obserwowania grozy na jej bezpośrednie doświadczanie.



Za produkcję odpowiada krakowskie studio Rock Square Thunder, dotąd znane wyłącznie z platformówki "The Lightbringer". Przeskok z uroczej, baśniowej stylistyki w stronę survival horroru był odważny. Zwiastuny budowały napięcie i obiecywały gęsty klimat, jednak rzeczywistość szybko ostudziła entuzjazm.



"I Hate This Place" brakuje sensownego wprowadzenia fabularnego. Wystarczyłby krótki filmik z komiksowymi kadrami, by lepiej osadzić gracza w świecie. Zamiast tego od razu trafiamy na seans przywołania Rogatego Człowieka, bóstwa mogącego mieć związek ze nieobecnością matki protagonistki. Rytuał kończy się kolejnym zaginięciem, a schematyczność sekwencji wydarzeń i przewidywalność dialogów aż bije po oczach.



Oś fabuły krąży wokół tajemnicy zniknięć, a w tle pojawiają się m.in. wątki kultu Rogatego Człowieka czy relacja z lokalnym księdzem. Gracz często wybiera między dwiema kwestiami dialogowymi, które nie prowadzą do realnych konsekwencji – decyzje okazują się więc iluzoryczne. Brakuje ciężaru znanego choćby z "Mass Effect". Do wyboru mamy dwa zakończenia, które warto poznać. Niestety w moim przypadku finały były zbugowane – dialogi nakładały się na siebie, uniemożliwiając pełne wysłuchanie podsumowania, co odbierało satysfakcję z domknięcia historii.



Produkcja nie tłumaczy podstawowych mechanik i nie oferuje nawet instrukcji w menu. Ot, rasowy survival horror, w którym wszystkiego trzeba domyślać się samemu. Rozumiem intencję budowania napięcia przez dezorientację, ale tutaj balans wyraźnie został zachwiany. Brak instrukcji, brak autosave’a, łatwe do przeoczenia punkty zapisu – patrząc na achievementy na Steam, do końca dociera niewielki procent graczy.



W grze nie ma mechaniki uników, więc pozostaje skradanie lub nerwowe bieganie. Sztuczna inteligencja przeciwników zawodzi, a brak pasków zdrowia utrudnia oszacowanie, ile ciosów potrzeba, by pokonać przeciwników, i tym samym rytm starć staje się nieczytelny. Początkowo dysponujemy jedynie kijem bejsbolowym, broń palna jest toporna w użyciu, a celowanie wymaga przyzwyczajenia. Pojawiają się także minibossowie, których da się pokonać dzięki bugom lub ucieczce. Mechanika walki jest niedopracowana i miejscami sprawia wrażenie całkowicie przypadkowej.

System przetrwania opiera się na trzech wskaźnikach: zdrowiu, głodzie i wyczerpaniu. Śmierć czai się niemal na każdym kroku, tak że gra mogłaby nosić podtytuł "Dumb Ways to Die". Aby temu zapobiec, korzystamy z zasobów rozsianych po świecie i z systemu craftingu, który pozwala tworzyć lekarstwa, jedzenie i broń. Regenerację ułatwia także sen, a my sami decydujemy, kiedy i gdzie odpocząć. Szybka podróż znacznie ułatwia eksplorację, natomiast pływanie łódką w grze zajmuje… godziny. Podobnie czasochłonna jest rozbudowa bazy i tworzenie ekwipunku, co momentami karykaturalnie wpływa na odbiór całości. Ulepszenia wytwarzamy zazwyczaj w pobliżu punktów zapisu lub na rodzinnym ranczu Rutherfordów, pełniącym funkcję huba, lecz przy tak krótkim czasie gry, oscylującym wokół 6-7 godzin, budowanie bazy wydaje się zbędne.



Na drobną pochwałę zasługuje oprawa audiowizualna. Twórcy wyraźnie inspirowali się klasycznymi horrorami oraz estetyką lat osiemdziesiątych, co widać zarówno w projektach świata przedstawionego, jak i w samym VHS-owym menu. Nie zabrakło też komiksowej, grubszej kreski, która podkreśla rodowód produkcji. Wielu dźwiękom towarzyszą charakterystyczne, "rysunkowe" onomatopeje. Niestety animacje, szczególnie w cutscenkach, pozostawiają sporo do życzenia – bohaterowie nie poruszają ustami, co mocno wybija z immersji. Najlepiej wypada muzyka, której synthwave’owe brzmienie buduje napięcie i przywodzi na myśl serial "Stranger Things".

"I Hate This Place" to tytuł pełen sprzeczności. Z jednej strony otrzymujemy prostą historię z potencjałem, która przy odpowiednim poprowadzeniu mogłaby realnie zachęcić do sięgnięcia po komiksy, by oba media zaczęły się wzajemnie przenikać. Z drugiej strony sztampowe dialogi odbierają jej powagę i spłycają emocjonalny wydźwięk. Mimo wszystko pod koniec można się w tę opowieść wkręcić, jednak ukończenie gry wymaga sporo cierpliwości i samozaparcia. Kilka usprawnień w mechanice i narracji mogłoby znacząco podnieść poziom tej produkcji. W obecnej formie sprawia wrażenie wersji beta, która ujrzała światło dzienne zdecydowanie za wcześnie.
1 10
Moja ocena:
5
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?