Recenzja filmu Dogville (2003)
Lars von Trier

Rzeczy, które robisz, w Dogville będąc...

...uciekinierką znikąd stającą się w niezwykle krótkim czasie ofiarą swoich prześladowców, oprawcą, który zmusza do bezwarunkowej uległości, czy też może biernym obserwatorem, który nie jest w ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Dogville (2003)
...uciekinierką znikąd stającą się w niezwykle krótkim czasie ofiarą swoich prześladowców, oprawcą, który zmusza do bezwarunkowej uległości, czy też może biernym obserwatorem, który nie jest w stanie wydobyć z siebie wystarczającej odwagi, aby przeciwstawić się zdecydowanej większości, wyrazić swój ostry sprzeciw i stanąć w obronie pokrzywdzonej i zniewolonej pod każdym względem kobiety.

Film Triera mimo pozornego minimalizmu scenograficznego i muzycznego zdecydowanie nie trwa ani o minutę za długo, nie tracąc nic ze swojej ogromnej siły oddziaływania i przekraczania kolejnych granic, wręcz przeciwnie, zawiera w sobie ogromny i czasem mocno przytłaczający ładunek emocjonalny, zmuszając nas do jeszcze bardziej intensywnych przemyśleń i przeróżnych interpretacji oraz przykuwając naszą bezwzględną uwagę, ani przez chwilę nie pozwalając oderwać się od ekranu, aby nic nam nie umknęło oraz byśmy mogli całkowicie poddać się niezwykle klaustrofobicznej i mrocznej atmosferze miasteczka, w którym absolutnie nikt nie jest tak niewinny i dobry, za jakiego chciałby uchodzić. To, co tak bardzo zastanawia i głęboko niepokoi w filmie Triera, to początkowo bezwarunkowa ufność Grace (Nicole Kidman), że mieszkańcy Dogville to naprawdę uczciwi i wspaniałomyślni ludzie, którzy nigdy nie przekroczyliby granicy tradycyjnie pojętej gościnności i ze strony których absolutnie nic złego nie może jej grozić, a następnie całkowita uległość kobiety wobec jej oprawców i wreszcie, opacznie rozumiana litość przez każdego z bohaterów filmu.

"Dogville" skłania również do wysnucia jeszcze innych, nie mniej ważnych refleksji. Pozostaje bowiem bez odpowiedzi pytanie jak my sami byśmy zareagowali, jak zachowalibyśmy się na miejscu każdej z postaci pokazanej na ekranie, która swoją prawdziwą, okrutną twarz odkrywa dopiero w momencie otrzymania nieograniczonej i szeroko pojętej władzy nad drugim człowiekiem, tak jak pewien "pierścień" umożliwiał panowanie nad całym światem temu, kto wszedł w jego posiadanie, jak pewna liczba "Pi", której uzyskany kod pozwalał na zgłębienie tajemnicy świata i poznanie prawdziwego oblicza Boga, lub jak uwięzieni w pewnym "sześcianie" ludzie, którzy znajdując się w sytuacji zagrożenia życia, odsłonili wszystkie swoje pierwotne instynkty i "okrutne intencje". Bo tylko w takich właśnie okolicznościach możemy poznać całą prawdę o nas samych, gdzie albo pokażemy, co znaczy słowo dobro, współczucie i odwaga, niczym "bohater" chińskiej opowieści, albo przemienimy się w ludzi, w których wyzwalają się wszystkie głęboko dotąd tłumione najgorsze cechy i zwierzęce instynkty. Wtedy jednak będzie już dla nas zdecydowanie za późno, już nie będzie nadziei i odwrotu od wybranej przez siebie drogi...

Od razu nasuwa się również kolejne pytanie, czy ludzie są z gruntu źli czy też może okoliczności zmuszają ich do postępowania w pewien określony sposób, wywołując w nich chęć odwetu oraz przyjęcia postawy dalekiej od litości i przebaczenia. W tym kontekście przypominają mi się słowa samego Davida Lyncha, według którego zło to "duchowa choroba, która objawia się przeważnie wtedy, gdy okoliczności życia konfrontują silniejszych i liczniejszych ze słabszymi i samotnymi". Jednak czyż ta definicja nie uległa u Triera całkowitemu przewartościowaniu, a granica między dobrem i złem nie została wyraźnie przekroczona i tak po prostu się zatarła? A jeśli tak, to jakie to nam ludziom wystawia świadectwo, w jakim świetle nas stawia? Aż strach odpowiedzieć sobie na to pytanie.

Niezwykle wymowna i wieloznaczna zdaje się również nazwa tytułowego miasteczka, które początkowo oferuje Grace schronienie i poczucie bezpieczeństwa, za które jednak przyjdzie jej zapłacić wysoką cenę, by następnie domagać się od niej odpowiedniego "wynagrodzenia", przejawiające się tym, że zniewolona psychicznie i fizycznie przez wszystkich kobieta będzie musiała służyć na wszelkie możliwe okrutne sposoby, niczym wierny do granic ludzkiej możliwości "pies" wszystkim pozornie łaskawym i gościnnym mieszkańcom "Dogville". Nazwa miasteczka może także oznaczać mroczną, zwierzęcą naturę człowieka, który pod wpływem nieoczekiwanej władzy całkowicie zmienia swoje oblicze, przeobraża się w kata, pokazując wszystkie swoje kły i pazury oraz niczym starożytni Rzymianie domagając się ofiary, której prawdziwą definicję w niezwykle przewrotny, zaskakujący i bardzo niebezpieczny sposób pokazał oraz w tylko jednej, lecz mówiącej wszystko scenie odkrył na ekranie Lars von Trier. A wszystkie wnioski, które się wówczas same nasuwają, są bardziej niż pesymistyczne. I to chyba przeraża mnie w "Dogville" najbardziej.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 84% uznało tę recenzję za pomocną (31 głosów).
cherry
ocenia ten film na:
1 10 9/10 rewelacyjny

przeczytaj również recenzje użytkowników (8)

zobacz wszystkie