Recenzja gry Mutant Year Zero: Road to Eden (2018)
Ulf Andersson

Szwecja nie istnieje

Rzut oka na okładkę czy grafiki promujące omawiany tytuł, a można by pomyśleć, że ma człowiek do czynienia z jakimś żarcikiem rodem z kreskówki. Bynajmniej! Bo choć humoru w "Mutant Year Zero: ...
Filmweb sp. z o.o.
Rzut oka na okładkę czy grafiki promujące omawiany tytuł, a można by pomyśleć, że ma człowiek do czynienia z jakimś żarcikiem rodem z kreskówki. Bynajmniej! Bo choć humoru w "Mutant Year Zero: Road to Eden" nie brak, to nie przypomina on dowcipkowania z telewizyjnej anteny Cartoon Network. Innymi słowy, postapokaliptyczne przygody Kaczki i Dzika nie mają nic wspólnego z pamiętnymi perypetiami Krowy i Kurczaka. Potrafię sobie oczywiście wyobrazić, że zachęci to tyle samo osób, co zniechęci, ale należy postawić sprawę jasno: to nie podśmiechujki, ale koniec świata.

photo.title   photo.title   photo.title

A może raczej jego nowy początek, bo do globalnej katastrofy doszło dawno, dawno temu i na gruzach cywilizacji Ziemia wypuściła już nowe pędy. Ludzie byli jej do tego zbędni. Zresztą nasz gatunek nie przetrwał w obecnej formie, ale zmutował. Stąd nasi dzielni bohaterowie, Bromin i Dux, dwaj uzbrojeni po zęby, a raczej ciosy i dziób, Stalkerzy to, odpowiednio, antropomorficzni dzik i kaczor. Nie wszystkie mutacje były tak daleko idące, o czym zresztą przekonamy się po drodze, kiedy do naszej niezbyt licznej ekipy dołączą kolejni uczestnicy wyprawy. Rzeczeni gieroje zajmują się przede wszystkim zbieraniem tego, co potrzebne Arce, osiedlu ludzkiemu (z braku lepszego słowa), gdzie azyl znaleźli ci, którzy jeszcze nie oszaleli. Pech chce, że rozciągającą się jak okiem sięgnąć Strefę zamieszkują głównie Ghule tęskniący za dawnymi czasami. Któregoś niezbyt pięknego dnia Bormin i Dux zostają wysłani na poszukiwania zaginionego Stalkera i tak rozpoczyna się ta interesująca, choć prosta fabularnie intryga, która miałkość opowieści rekompensuje mechaniką rozgrywki, pomysłem, klimatem i postaciami owych dwóch żołnierzy.

photo.title   photo.title   photo.title

Gra szwedzkiego studia o cyrkowej nazwie The Bearded Ladies bazuje na grze RPG wydawanej od przeszło trzydziestu już lat, u nas, na tyle, na ile się orientuję, praktycznie nieznanej. Ale znajomość papierowego oryginału nie jest konieczna, gdyż historia gra tu drugie skrzypce. O tyle dobrze, że ogrywana przeze mnie wersja na Switcha zawiera dodatek "Seeds of Evil", który dopisuje do tej opowieści kolejny rozdział i jest czymś więcej niż zwyczajnym epilogiem, lecz fabularnego cudu i tak się nie spodziewajcie. Ewidentnie wszystkie siły przerzucono na front walczący o dynamikę rozgrywki i rozumną taktykę planowania... taktyki. "Mutant Year Zero: Road to Eden" łączy bowiem strategię czasu rzeczywistego z podzielonymi na tury bataliami. Lecz nie jest to rodzaj rozgrywki znany z niezliczonych japońskich gier, kiedy to biega się po planszy i napotyka różnorakie przypadkowe monstra. Tutaj wszystko musi być starannie przygotowane, bo i nasze starcia opisane są nie bez kozery jako "Zasadzki". Zauważając przeciwnika na eksplorowanej na bieżąco mapie, gdzie zbieramy potrzebne nam przedmioty, nie idziemy na niego na rympał, bo to droga ekspresowa do grobu. Ba, wystarczy jeden głośniejszy wystrzał i zbiegną się do nas typki z całej planszy. Pierwsza faza bojowa odbywa się na poziomie planowania ataku, ustawienia naszych żołnierzy, przemyślenia kryjówek i strategii pozwalającej zakończyć starcie możliwie szybko i najlepiej po cichu. Gdy przeciwnik nas zauważy albo wykonamy pierwszy krok, strzelamy się i bijemy jak w nowych odsłonach serii "X-COM". I to całkiem dosłownie, bo system turowych wojenek wymodelowano na wzór gier Firaxis; poziom ich podobieństwa to prawie jeden do jednego. Czyli mamy do dyspozycji z góry określone ruchy – strzał, ruch, przeładowanie, czuwanie i tak dalej – i staramy się zdjąć przeciwnika, zanim on zdejmie nas, mądrze planując kolejne posunięcia. Jednocześnie możemy mieć pod swoimi rozkazami tylko trzech żołnierzy, co zbliża rozgrywane partyjki do kameralnych akcji dywersyjnych, choć nie brakuje im spektakularności.

photo.title    photo.title   photo.title

Element rozwoju postaci i sprzętu ograniczono tu do niezbędnego minimum, co wynika, po pierwsze, z oszczędnie rozparcelowanych na mapie, potrzebnych nam rzeczy (które, przynajmniej na Switchu, niekiedy strasznie trudno zauważyć; ogólnie graficzny downgrade jest jak najbardziej widoczny), a po drugie z praktycznego braku różnic pomiędzy postaciami. Niby niektórzy mają charakterystyczne specjalne zdolności, które można rozwijać, ale, skoro każdy posiada swoją unikalną osobowość, szkoda, że nie zdecydowano się na rozwinięcie ich indywidualnych cech. Inną oczywistą bolączką "Mutant Year Zero: Road to Eden", tak jak i mnóstwa podobnych gier, są nie do końca zrozumiałe nonsensy psujące nam szyki. Mianowicie stajemy metr od przeciwnika, mogąc udusić go gołymi rękoma, ale zostajemy poinformowani, że prawdopodobieństwo trafienia z armaty wynosi pięćdziesiąt procent. A my już zdążyliśmy wyjść zza osłony, licząc, że z takiej odległości zmieciemy gościa z powierzchni ziemi jednym strzałem... Można niby podobne wady, znane chyba aż za dobrze każdemu graczowi zainteresowanemu gatunkiem, zrzucić na karb jego specyfiki, ale nie obraziłbym się, gdyby komuś nareszcie udało się to obejść. Cóż, to jeszcze nie ten moment.
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 88% uznało tę recenzję za pomocną (8 głosów).
Bartosz Czartoryski
ocenia tę grę na:
1 10 7/10 dobra
Ostatnio odwiedzone
wyczyść historię