Recenzja filmu Łzy słońca (2003)
Antoine Fuqua

Widz w rozpaczy

Antoine Fuqua, pracujący w przemyśle filmowym już od dobrych paru lat, zasłynął dopiero zrealizowanym w 2001 roku dramatem policyjnym "Dzień próby". Znakomita sensacyjna opowieść zyskała sobie ...
Filmweb sp. z o.o.
Antoine Fuqua, pracujący w przemyśle filmowym już od dobrych paru lat, zasłynął dopiero zrealizowanym w 2001 roku dramatem policyjnym "Dzień próby". Znakomita sensacyjna opowieść zyskała sobie ogromną popularność wśród widzów oraz przychylność krytyków i branży, czego wyrazem była chociażby statuetka Oscara przyznana odtwórcy jednej z głównych ról, Denzelowi Washingtonowi. Wszyscy z narastającym napięciem oczekiwali kolejnego dzieła reżysera, a pogłoski jakoby miał być to najlepszy militarny thriller od czasów "Helikoptera w ogniu" tylko to napięcie podsycały. Niestety, "Łzy słońca" okazały się totalną porażką, w której wszyscy - od scenarzysty, poprzez reżysera, na aktorach skończywszy - usiłowali w ckliwy i pozbawiony dystansu sposób przez 2 godziny przekonywać nas o wspaniałomyślności i odwadze amerykańskich żołnierzy.

Bohaterem filmu jest pułkownik Walters (Bruce Willis), którego misją jest uratowanie amerykańskiej lekarki Leny Kendricks (Monica Bellucci) z ogarniętej wojną domową Nigerii. Grupka żołnierzy przybywa więc do wioski, w której pani doktor leczy rannych w walkach z rebeliantami, próbującymi w bezkompromisowy sposób przejąć władzę w kraju. Lena nie chce jednak słyszeć o ewakuacji, chyba że dzielni żołnierze zabiorą do sąsiedniego Kamerunu także jej kilkudziesięciu podopiecznych. I jak można przewidzieć, choć niechętnie i wbrew rozkazom dowództwa, Walters zgadza się na takie rozwiązanie, narażając na szwank życie własne i towarzyszących mu kompanów.

Fabuła filmu jest bardzo schematyczna i przewidywalna. Wbrew reklamie nie jest to wcale film akcji, thriller czy wojenny dramat. Więcej niż toczących się wartkim tokiem wydarzeń znajdziemy tu scen spokojnych - dłużących się niemiłosiernie oczekiwań na atak rebeliantów lub, co gorsza, ckliwych, przetykanych wymownymi spojrzeniami duetu Willis-Bellucci rozmów na temat przebiegu misji, jak również żalów, wyrazów litości i podziękowań, okraszonych obficie łzami głównych i drugoplanowych bohaterów.

Sam film na kilometr trąci amerykańską propagandą. Dzielni żołnierze gotowi są oddać życie za każde ciemiężone ludzkie istnienie. Podwładni w ogóle nie kwestionują dramatycznej decyzji swojego dowódcy, który powodowany wyrzutami sumienia, dopełniwszy już prawie swojej misji, zawraca helikopter, by ratować pacjentów pięknej pani doktor. Co więcej, ci twardzi mężczyźni plączą nad każdymi ludzkimi zwłokami, modlą się, cierpią wraz z ofiarami rebelianckich zbrodni i gotowi są pomścić każdą z nich, czasem na własną rękę wymierzając sprawiedliwość. I choć jest ich tylko siedmiu, żadna armia żądnych krwi wywrotowców nie jest im straszna. A już szczęśliwe zakończenie filmu, którego oczywiście można się bez wysiłku domyśleć, jest wypełnione patetycznymi podziękowaniami i wypowiadanymi ze łzami w oczach peanami na część amerykańskiej odwagi i szlachetności. Premiera zdaje się odbywać w najlepszym dla tego filmu momencie, kiedy w wątpliwość poddaje się sens udziału wojsk USA w Iraku, Afganistanie i innych miejscach krwawych konfliktów.

Nie twierdzę, że temat uciśnionych, terroryzowanych i zabijanych niemalże dla zabawy ludzi nie jest godny tego, by przedstawić go w kinie albo że nie budzi autentycznych wzruszeń. Jednak iście hollywoodzki sposób jego obrazowania jest po prostu nie do przełknięcia. Przez nadmierne epatowanie ckliwą muzyką, ujęciami sztucznego cierpienia głównego bohatera i dialogami, które nachalnie podkreślają tragizm sytuacji film staje się okropnie pretensjonalny i denerwujący. Szkoda na to pieniędzy, aktorskich wysiłków i samego, jakże poważnego, tematu.

Nawet dla kilku scen, w których z dozą dreszczyku czekamy na to, co się wydarzy, pięknych zdjęć Mauro Fiore czy urodziwej (choć grającej tu jedną ciepiąco-skwaszoną miną) Bellucci, nie warto sobie tym filmem zawracać głowy. Nawet najbardziej zatwardziali fani Willisa zawiodą się, otrzymując papkę w stylu "Wojny Harta". Już radzę poczekać na "Szklaną pułapkę 4". A spragnionym wojennego dramatu polecam powrót do klasyki i obejrzenie nawet po raz kolejny "Czasu Apokalipsy".
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 27% uznało tę recenzję za pomocną (191 głosów).

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)