I tak jak komedia romantyczna tradycyjnie wymaga od nas byśmy wiele jej wybaczali, przymykali oko na konwencję, na decorum, zawieszali niewiarę, tak nie usprawiedliwia ona konceptów karkołomnych,
Wszyscy, którzy oglądali w swoim kinowym życiu więcej niż jeden sequel komedii romantycznej, wiedzą, że tradycyjnie musi on rozpocząć się od kryzysu. W przypadku kontynuacji "Nic na siłę" jest nim ucieczka spod ołtarza. Halina (Anna Seniuk) pozostawia pod nim Jana (Artur Barciś) – nie z przyczyny nagłego zrywu serca (choć od wątku miłosnych zawirowań nie uciekniemy), a rosnących długów. Długów, o których bohaterka nie chce rozmawiać z prawie nikim innym, odrzucając każdą ofertę pomocy. Sama intencja narracyjna "Podlasia" jest czymś absolutnie wartościowym: ukazać drogę głównej bohaterki do zaakceptowania faktu, że może poprosić o wsparcie i nie ma w tym nic złego. Problemem jest jednak poziom tego, czym owa intencja zostaje dramaturgicznie obudowana: poziom dialogów, żartów czy historii. Ale głównym obciążeniem wydaje mi się, niezależny oczywiście od twórców, kontekst.
Komedia przez lata była symbolem tego, co nie działa w polskim kinie: niesławne plakaty z białym tłem, niekończące się cykle, pretekstowe fabuły i nieśmieszne żarty. Sytuacja ta zaczęła się jednak zmieniać w ostatnim czasie – artystycznie odnaleziono się w mockumentach (arcydzielne "The Office PL" i powszechnie lubiane "1670"), farsach (trylogia "Teściowie"), grotesce ("Minuta ciszy") czy kinie dla całej rodziny (zarówno "Za duży na bajki" jak i dyptyk "Dalej jazda"). Słowem, udany rodzimy film komediowy nie jest już przyjemnym ekscesem, jak niegdyś pierwsza "Planeta Singli" lub "Atak paniki", a czymś co nie powinno nas zaskakiwać. Szkicuję ten pobieżny pejzaż polskiej komedii nie tylko dlatego, że każda z wymienionych produkcji wydaje mi się od "Podlasia" ciekawsza, ale przede wszystkim dlatego, że, patrząc na rozwój ekranowego humoru, najnowszy film Łukasza Kośmickiego zdaje się zwyczajnie regresywny. Również w kontekście dorobku samego reżysera, odpowiedzialnego za wybitną moim zdaniem "Emigrację XD".
Echo adaptacji prozy Malcolma XD wybrzmiewa w "Podlasiu" jedynie w kontekście absolutnego zaufania obsadzie. Ale Michał Balicki, Adam Bobik czy Michał Czernecki mieli jako punkt wyjścia do swoich aktorskich szarż świetną podstawę w postaci przesiąkniętego absurdami materiału literackiego (jak i Tomasza Włosoka genialnie reagującego na ich sceniczną intensywność). Tymczasem Anna Seniuk i Artur Barciś bazują na scenariuszu pełnym humoru stereotypowego albo zwyczajnie nieudanego. Trudno więc spodziewać się, niezależnie od ich niewątpliwego kunsztu, by byli z niego w stanie wyczarować coś więcej. Dlatego najlepiej wypadają tu krótkie fragmenty, w których zamiast słów mogą grać gestami, rozsadzając choć na chwilę wtórną konwencję. Nie ułatwia sprawy fakt, że wiele konfliktów (poza głównym, najciekawszym) jest rozwiązywana niemal natychmiast – jak zagadka z kosmitami i kręgami – a pojawiające się kolejne wydają się coraz bardziej pretekstowe.
Mojego seansu nie uratowały także wybory formalne. Oprócz oczywistego już smutnego faktu, że większość netfliksowych komedii romantycznych kręconych w naszym kraju wygląda niepokojąco jednakowo (gdyby nie piękny pejzaż tytułowego regionu, można byłoby uwierzyć, że to kolejna odsłona "Poskromienia złośnicy" czy też "Zgonu przed weselem"), dostajemy także "zabawne" filtry w sekwencjach narkotycznych – gdy zakochany w Halinie śpiewak grany przez Wiktora Zborowskiego zostaje upojony tajemniczą miksturą ziołową – czy też miłosnych – nader dosłownie tłumaczących nam, że niespełniony muzyk i influencer Wiktor (Filip Gurłacz) zakochał się powracającej po latach w rodzinne strony Ewie (Joanna Trzepiecińska). I tak jak komedia romantyczna tradycyjnie wymaga od nas byśmy wiele jej wybaczali, przymykali oko na konwencję, na decorum, zawieszali niewiarę, tak nie usprawiedliwia ona konceptów karkołomnych, które nie sprawdzały się już wcześniej na wielkim ekranie – jak w przypadku rzeczonych filtrów.
Niewątpliwie potrzebujemy w naszym kraju różnorakiego kina głównego nurtu – pod względem tematycznym, regionalnym, obsadowym, koncepcyjnym. Nie mam jednak poczucia, aby "Podlasie" ze wszystkimi swoimi wadami i pewnymi zaletami tę ścieżkę wyznaczało w sposób optymalny; zwłaszcza, gdy porównamy je chociażby z równie komercyjną i poniekąd zbliżoną narracyjnie (ale o wiele bardziej udaną) "Dalej jazdą". Być może gdyby, w zgodzie z internetowym trendem, cofnąć się do roku 2016, mój odbiór byłby inny. Na szczęście w roku 2026 jesteśmy w kontekście rodzimej komedii w znacznie lepszym miejscu. I tak jak sam kontekst ciążył na moim odbiorze samego "Podlasia", tak patrząc kontekstowo na dorobek osób zaangażowanych w jego powstanie – na czele z obsadą i reżyserem – mam przeświadczenie, że pozostanie ono po prostu nieudanym wyjątkiem w ich dużo ciekawszych filmografiach.