Recenzja filmu Letnie przesilenie (2014)
Michał Rogalski

Wiek niewinności

"Letnie przesilenie" Michała Rogalskiego jest dzieckiem szlachetnej filmowej filozofii, która głosi, że najmocniej działa na nas to, czego nie widać. Wojna, która wprawia w ruch narracyjną ...
Filmweb sp. z o.o.
"Letnie przesilenie" Michała Rogalskiego jest dzieckiem szlachetnej filmowej filozofii, która głosi, że najmocniej działa na nas to, czego nie widać. Wojna, która wprawia w ruch narracyjną machinę, szybko staje się jedynie tłem kameralnej historii inicjacyjnej, z kolei horror okupacji zostaje zepchnięty na margines codziennego życia. Bo przecież – o czym polskie kino wspomina niechętnie – także podczas wojny trzeba było sobie to życie jakoś ułożyć. 


Jest lato 1943 roku, trwa niemiecka okupacja. 17-letni Polak Romek (Filip Piotrowicz) pracuje na kolei przy parowozach, u kochanka swojej matki, szabrownika i ochleja Leona (Bartłomiej Topa). Chociaż po śmierci ojca musiał wejść w jego buty, wciąż – zgodnie z dziecięcą optyką i wyobraźnią – próbuje zakląć rzeczywistość: nawet porzucone przez Żydów zwykłe przedmioty jawią mu się skarbami, które należy ocalić. Jego rówieśnik, Niemiec Guido (Jonas Nay), nie potrafi i nie chce trzymać karabinu, lecz los pcha go w szeregi Wehrmachtu – bohater zostaje przymusowo wcielony do armii i oddelegowany na prowincjonalny posterunek. Rogalski, który odpowiada również za scenariusz, szybko splata ścieżki obydwu chłopców. Czas pierwszej miłości, rozczarowań oraz ważnych wyborów staje się tym dramatyczniejszy, że kres może położyć mu jedna zbłąkana kula.  

Opowieść o poszukiwaniu wspólnoty w jednakowej wrażliwości (nie bez powodu bohaterów łączy fascynacja muzyką), a nie w barwach munduru, to pomysł dobry jak każdy inny: nie ma w filmie Rogalskiego nic, czego nie widzielibyśmy chociażby w wybitnym "Świadectwie urodzenia" Stanisława Różewicza albo niedocenionej "Mojej miłości, mojej wojnie" Janusza Nasfetera. Reżyser jest jednak zbyt przenikliwy i świadomy filmowej formy, by poprzestać na tym koncepcie. "Letnie przesilenie" to kino ostentacyjnie nieefektowne, wypełnione obrazami dziecięcych rytuałów, wygrane bez emfazy, pełne delikatnych gestów. Widać to podejście zwłaszcza w filmowym języku, w którym eleganckie, oświetlone naturalnym światłem zdjęcia Jerzego Zielińskiego zostają zderzone z nagłymi wybuchami przemocy. W dziewięciu przypadkach na dziesięć taki kontrast służyłby wrażeniu estetycznego dysonansu, byłby w rękach reżysera retorycznym kilofem. Ambicje Rogalskiego sięgają jednak głębiej: skrajne aspekty rzeczywistości funkcjonują u niego na równych prawach, zaś nadawanie chwilom ukojenia oraz momentom desperackiej walki o życie takiej samej wagi jest konsekwentnie stosowaną strategią narracyjną. 

photo.title   photo.title   photo.title

W trakcie letniego przesilenia słońce góruje w zenicie najdłużej, zapowiadając jednocześnie coraz krótsze dni. To subtelna i trafiona metafora dojrzewania w czasach wojennej zawieruchy. W tym dniu wszystko ma wyrazistszy smak, każda piosenka to symfonia, zaś każdy posiłek to bankiet. Noc będzie jednak coraz dłuższa. Okaże się zwiastunem dorosłości, która nadchodzi zbyt szybko. 
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 83% uznało tę recenzję za pomocną (41 głosów).
Michał Walkiewicz
ocenia ten film na:
1 10 7/10 dobry