Ze względu na sprawne i inteligentne prowadzenie historii "Queen at Sea" ogląda się wyśmienicie. Nie jest to film łatwy, ale ogromnie wciągający, a przy tym pięknie nakręcony.
Nie od dziś wiadomo, że nawet to, co najbardziej prywatne, jest polityczne. Każdy kraj na przykład wyznacza wiek, od którego osoba może być uznana za zdolną do wyrażenia przyzwolenia na czynności seksualne, poniżej którego te uznawane są za przestępstwo. Jeśli dyskutuje się zazwyczaj o minimalnym wieku przyzwolenia, to czy powinien istnieć też ten maksymalny? Jakkolwiek absurdalnie nie brzmiałoby tak postawione pytanie, to właśnie od niego zaczyna się "Queen at Sea" – jeden z konkursowych faworytów tegorocznego Berlinale. Na szczęście wyrażone zostaje tu nie słowami, ale wspaniałą sceną otwarcia, w której nie chodzi bynajmniej o to, czy przyjemność seniorów mogłaby kogoś gorszyć (nikomu nic do tego). Problem pojawia w przypadku osób pozbawionych możliwości wyrażenia zgody ze względu na stan zdrowia – dajmy na to paraliż, demencję, Alzhaimera... Co wówczas wolno i komu? Kto powinien o tym decydować?
W najnowszym filmie Lance'a Hammera, autora "Balastu", tego rodzaju pytania stanowią jedynie punkt wyjścia do bardziej ogólnych rozważań o miłości i odpowiedzialności za osoby, które kochamy. Sytuacje rodzinne, które mogłaby przydarzyć się w wielu miejscach na świecie, tu opowiedziane zostały z prawdziwie brytyjską dbałością o wiarygodność przedstawienia. Jesteśmy w Londynie, do którego z Newcastle przyjeżdża Amanda (Juliette Binoche), by zaopiekować się schorowaną matką Leslie (Anna Calder-Marshall). Ta mieszka z mężem Martinem (Tom Courtenay) w typowym dla północnego Londynu wiktoriańskim szeregowcu, gdzie schodów zdaje się być więcej niż przestrzeni, co może stwarzać zagrożenie dla osoby w starszym wieku. W dodatku stan zdrowia Leslie okazuje się na tyle poważny, że córka zastanawia się, czy jej ojczym jest w stanie podołać samodzielnej opiece nad nią. Pojawiają się wątpliwości, czy w ogóle zajmuje się nią w sposób odpowiedni, gdy nakrywa parę podczas stosunku – jak się okazuje, nie pierwszy raz.
Amanda i Martin inaczej patrzą na to, czy będąca w zaawansowanej demencji Leslie potrafi wyrazić na niego zgodę. Córka twierdzi, że nie. Mąż, że zna żonę lepiej, że ta w ten sposób się z nim komunikuje. Kiedy mężczyzna zostaje zatrzymany – jak mówi – za miłości z własną żoną we własnym łóżku, problemy tylko się nawarstwiają, bo któż lepiej zajmie się chorą niż osoba, z którą spędziła ostatnie dwadzieścia lat? Mieszkająca daleko córka? A może pielęgniarka lub wyspecjalizowany w tym dom opieki? Ciężar pytań, które zadaje sobie przecież wiele rodzin, przełamywany jest perypetiami nastoletniej córki Amandy (Florence Hunt), bujającej się po Londynie w rytm piosenek Loli Young, poznającej miasto i nowych znajomych. Dzięki temu – ale przede wszystkim ze względu na sprawne i inteligentne prowadzenie historii – "Queen at Sea" ogląda się wyśmienicie. Nie jest to film łatwy, ale ogromnie wciągający, a przy tym pięknie nakręcony.
Za zdjęcia odpowiadał Adolpho Veloso – brazylijski operator, nominowany w tym roku do Oscara za "Sny o pociągach". Stworzył tu skąpany w błękitach i seledynach świat, który przynieść może na myśl filmy Kieślowskiego, także ze względu na obecny w nim, niewyabstrahowany z rzeczywistości, lecz bardzo głęboko w niej osadzony moralny niepokój. Binoche, która ponad trzydzieści lat temu wystąpiła w jego "Niebieskim", w międzyczasie zdążyła odebrać Oscara i zostać przewodniczącą Europejskiej Akademii Filmowej, nie straciła jednak nic ze swojego magnetyzmu. Swą zniuansowaną grą sprawia, że, choć z decyzjami jej bohaterki można się nie zgadzać, widzimy w niej osobę prawą. Jednocześnie zdecydowaną i kruchą, coraz mocniej "at sea" – jak po angielsku określa się pewien rodzaj zagubienia. Wspaniale wypadają również, a może i przede wszystkim, aktorzy starsi: Tom Courtenay – legenda angielskich młodych gniewnych, nagrodzony w Berlinie przed dekadą za "45 lat" – oraz mniej znana, pracująca głównie na deskach teatralnych Anna Calder-Marshall, równie jednak bezbłędna.
Duet, który tworzą na ekranie, naturalnie będzie kojarzyć się będzie z tym z "Miłości" Hanekego czy "Vortexu" Noego. Podobnie jak tam, otrzymujemy obraz starości bez lukru, czasem bardzo dosłowny, ale niepozbawiony piękna, nawet romantyzmu. Podbija go to, że równolegle do kończącej się na naszych oczach historii miłosnej Leslie i Martina obserwujemy pierwsze zauroczenie wnuczki. Tego rodzaju paralele – tak zresztą jak powracający motyw schodów (do nieba?) – u mniej zręcznego reżysera mogłyby wydać się kiczowate. Hammer wykazał się jednak wielkim wyczuciem – aż trudno uwierzyć, że to dopiero jego drugi film, w dodatku zrealizowany prawie dwie dekady po debiucie. Udało mu się w nim opowiedzieć o sprawach trudnych, czasem wręcz ostatecznych, w sposób zdyscyplinowany, ale nie zimny. Czuły, ale nie sentymentalny. Będzie Złoty Niedźwiedź?
Krytyk filmowy, filmoznawca, stały współpracownik Filmwebu. Laureat Nagrody im. Krzysztofa Mętraka, członek FIPRESCI, Europejskiej Akademii Filmowej i kolegium elektorów Złotych Globów.