Recenzja filmu Centurion (2010)
Neil Marshall

Zagubiony w historii

Speszony Marshall zgubił drogę i w końcu poszedł po linii najmniejszego oporu. W rezultacie "Centurion" zadowolić może jedynie tych, którzy naprawdę nie lubią niespodzianek – tu nie znajdą ani ...
Filmweb sp. z o.o.
  • recenzja kinowa Centurion (2010)
To zdumiewające, że obecnie tylko kino ma kłopot z opowieściami historycznymi. W telewizji hit sandałowy goni następny hit. W literaturze mamy zalew różnorodności, od typowych powieści historycznych, przez kryminały, romanse, aż po szeroko rozumianą fantastykę. Nawet komiks (zwłaszcza we Francji) śmiało sobie poczyna ze starożytnością. A tymczasem w kinie bieda. Jeśli już coś w tej tematyce powstaje, realizowane jest według jednego wzorca, tak że trudno jest odróżnić jeden film od drugiego. Reżyser Neil Marshall wcześniejszymi obrazami ("Armia wilków", "Zejście", "Doomsday") pokazał, że ma swój własny styl i wyświechtany gatunek potrafi przedstawić w sposób oryginalny. Dlatego też w "Centurionie" pokładałem spore nadzieje.

Niestety, z zupełnie niezrozumiałych dla mnie powodów Marshall tym razem kompletnie się pogubił. Zamiast świeżego podejścia do historii słynnego IX Legionu, postawił na podręcznikowy schemat. Mamy zatem chłodne, stonowane barwy, bo przecież tylko w ten sposób można przekazać niegościnność kraju Piktów. Główny bohater okazuje się jedynym, który choć trochę rozumie dzikusów, co ujawnia zakończenie filmu – widz to dostrzeże, jeśli wykaże się odrobiną inteligencji. Jego towarzysze wędrówki to typowa zgraja znana z każdej rozgrywki RPG. Sami Piktowie, z niemą Olgą Kurylenko na czele, to zbiór stereotypów zaczerpniętych z wcześniejszych produkcji historycznych. Wszystko to autorzy "Centuriona" zlepili w jedną całość, nawet nie starając się ukryć naiwności wątków fabularnych (nieszczęsna Arianna).

Filmu nie broni też gra aktorska, bo nie była ona od obsady wymagana. Nawet gdyby aktorzy chcieli zagrać, i tak nie bardzo mieliby co. Mimo to niektóre osoby, jak generał Virilus w interpretacji Dominica Westa, pamięta się lepiej od innych. "Centuriona" pogrąża też bezpłciowa muzyka ilustracyjna, która jedyne, co robi, to irytuje monotonią i wtórnością. Przed całkowitą klęską film ratuje montaż, szczególnie scen walki. Tu rzeczywiście widać sprawność i nawet jakąś ideę kryjącą się za takimi, a nie innymi cięciami na stole montażowym. Większość walk złożona została w sposób niezwykle precyzyjny, rytmiczny. I to robi wrażenie, nawet jeśli krew jest przesadnie komputerowa. Szkoda, że jest to jedyny element, w którym twórcy wykazali się inwencją.

Historia raz jeszcze okazała się za trudnym przeciwnikiem dla filmowców. Speszony Marshall zgubił drogę i w końcu poszedł po linii najmniejszego oporu. W rezultacie "Centurion" zadowolić może jedynie tych, którzy naprawdę nie lubią niespodzianek – tu nie znajdą ani jednej.

Czy uznajesz tę recenzję za pomocną? 58% uznało tę recenzję za pomocną (134 głosy).
Marcin Pietrzyk
ocenia ten film na:
1 10 5/10 średni

przeczytaj również recenzje użytkowników (1)