"Zima pod znakiem Wrony" jest niewątpliwie najlepszym filmem w dotychczasowej karierze Kasi Adamik. Wszystko za sprawą kierunku artystycznego – zamiast streszczać fakty, reżyserka postanowiła
Opowiadanie o polskiej historii najnowszej to pułapka, zwłaszcza jeśli chce się nią zainteresować zagraniczną widownię. Bolesne wydarzenia, których świadkowie i ofiary w dużej części nadal żyją, wymagają gracji – tak, by oddać ich wagę i znaczenie, a jednocześnie uniknąć przesadnego dydaktyzmu, który może uśpić widzów. Ruchome piaski niedawnej przeszłości pochłonęły już chociażby Andrzeja Wajdę ("Wałęsa. Człowiek z nadziei") czy Jana P. Matuszyńskiego ("Żeby nie było śladów"), tym bardziej cieszy, gdy komuś udaje się z nich wydostać z tarczą. Taki sukces odniosła Kasia Adamik, której "Zima pod znakiem Wrony" jest niewątpliwie najlepszym filmem w jej dotychczasowej karierze. Wszystko za sprawą kierunku artystycznego – zamiast streszczać fakty, reżyserka postanowiła oddać atmosferę lęku, bezsensu i niezrozumienia.
Kanwą produkcji stało się króciutkie, ledwie jedenastostronicowe opowiadanie Olgi Tokarczuk "Profesor Andrews w Warszawie" z 2018 roku. Noblistka przedstawiała w nim pierwsze dni stanu wojennego z punktu widzenia tytułowego brytyjskiego naukowca – psychiatry, który przybywa do Polski 12 grudnia 1981 roku, by przeprowadzić serię gościnnych wykładów. Gdy budzi się po mocno zakrapianej imprezie powitalnej, wita go cisza w słuchawce, czołg na ulicy i wszechobecna pustka, przerywana jedynie wojskowymi patrolami. Na ekranie obserwujemy historię o braku możliwości porozumienia; o obcym człowieku w obcym miejscu, który, niby istniejąc w tej samej polskiej przestrzeni, znajduje się jakby za nieprzeniknioną barierą zewnętrzności. Brakuje mu aparatu poznawczego, by pojąć okoliczności i ich niecodzienność, gdyż nie zna polskiej zwyczajności. Jednocześnie atawistyczne potrzeby: pożywienia, bliskości i ciepła, pchają go do znalezienia nici pozawerbalnego porozumienia z tubylcami, którego symbolem stają się czekające na wigilię karpie.
Adamik znacząco rozwinęła literacką historię. Dodała mrowie postaci i wątków – zarówno działaczy Solidarności, jak i agentów oraz tajnych współpracowników SB. Profesor Andrews zyskuje też imię – Joan, a także twarz wybitnej brytyjskiej aktorki Lesley Manville, znanej przede wszystkim ze wspaniałej, nominowanej do Oscara kreacji w "Nici widmo" Paula Thomasa Andersona. Jednak to nie zmiana płci protagonisty jest najważniejszą przemianą, ale nadanie przybyszowi sprawczości. To nie jest już rozbitek z ciekawością i strachem obserwujący obcą planetę, tylko pełnoprawny bohater, którego czeka cała campbellowska droga.
"Beautiful nihilist / When nothing matters / Every moment comes alive" – słowa piosenki "Russian Romance" Michelle Gurevich z 2016 roku, rozbrzmiewające w radyjku ursynowskiego mieszkania w noc przed porannym przemówieniem Towarzysza Generała, niby Stara Szafa z powieści Lewisa stanowią wrota do innej rzeczywistości. Ostatecznie potwierdzają także to, co widz mógł już przeczuwać, oglądając symboliczne sceny kołujących i atakujących wron czy przypatrując się ciepłej, jakby ponadrzeczywistej warstwie kolorystycznej. "Zima pod znakiem Wrony" to nie film historyczny, ale rozrywkowa baśń na kanwie przeszłości – "Assassin’s Creed" w zimowej polskiej scenerii. I chwała jej za to. Z jednej strony dobrzy, dzielni i pięknie naiwni polscy opozycjoniści, z drugiej potężny, spiskujący i bezwzględny WRON, a między tymi dwiema siłami zagraniczna przybłęda, która musi pojąć, że to też jej walka i powinność. Za słowami piosenki: "Look at this life / How could the stakes be less than high".
Przygoda Joan obfituje w elementy każdej dobrej gry akcji z otwartym światem: zróżnicowane misje, samochodowe pościgi, skradanie się, walkę wręcz, zagadki logiczne, zdrady i konfrontacje z antagonistami. Korzystanie z tego narracyjnego arsenału innego medium nie odbiera jednak filmowi powagi. Adamik żongluje gatunkowymi konwencjami – nie brak tu humoru, nadziei i kina szpiegowskiego, lecz "Zima pod znakiem Wrony" to przede wszystkim przepełniony niepokojem i trzymający w napięciu thriller, przeobrażający się chwilami wręcz w kino grozy. Niestety, całość nieco rozpada się w trzecim akcie, gdy reżyserka, chcąc nieść kaganek oświaty anglosaskiej publice, zaczyna zalewać dialogi nachalną ekspozycją i tłumaczeniem symboliki, a jeden z wątków, mający uosabiać ducha niezłomności polskiego narodu, zmienia się w autoparodię, nad którą trudno nie zgrzytać zębami.
Zaśnieżony labirynt Warszawy uwodzi swoim pięknem, łącząc malarsko-naturalistyczną brzydotę miejskiej zimy z ciepłymi barwami lamp i koksowników oraz odurzającą, magnetyczną sztucznością niebieskiego filtra w scenach symbolicznych. Po "Franzu Kafce" czy "Imago" Tomasz Naumiuk po raz kolejny pokazuje, że niewielu współczesnych operatorów może się z nim równać. Drugą wielką zaletą "Zimy pod znakiem Wrony" jest świetne aktorstwo. O ile Lesley Manville, Andrzej Konopka czy Tom Burke zawsze stanowią gwarancję jakości, o tyle pozytywnie zaskoczyła Zofia Wichłacz, która zagrała tu swoją niewątpliwie najlepszą filmową rolę w karierze. Jej Alina – doktorantka, która pod pozorem niezainteresowanej polityką, oportunistycznej młodej naukowczyni ukrywa twarz jednej z głównych liderek studenckiej Solidarności – sprawnie zmienia maski, jednocześnie pozostając realistyczną i ludzką postacią.
"Feel – The heat beyond the heat / The winter of all winters / The heart at maximum" – rozbrzmiewa w refrenie "Russian Romance". I o to właśnie chodzi w najnowszym filmie Kasi Adamik: o poczucie gorącego serca i siły Polaków zjednoczonych przeciw opresji Jaruzelskiego, a także o pokazanie przełomowej roli tej jednej zimy w najnowszej historii Polski. To film w dużej mierze skierowany do publiki zagranicznej, która finałowe niedostatki może nie tylko wybaczyć, ale wręcz polubić; lecz także na naszych rodzimych ekranach lśni on błyskiem odwagi i kreatywności, wciąż tak rzadkiej w opowiadaniu o naszej przeszłości.