Killerów dwóch w jednym

"The Whole Bloody Affair" w zdecydowanej większości zachowuje świeżość. Czuć tu świeżość intencji (miłość do kina i jego drugoplanowych bohaterów to stały motyw tej twórczości), nadal czuć też
Killerów dwóch w jednym
źródło: Materiały prasowe
Reżyserskie wersje ulubionych filmów? Jestem za, a nawet przeciw. Przepisywanie historii kina grozi wciągnięciem w spiralę poprawek (przypadek "Czasu Apokalipsy"). W efekcie oryginał myli się z apokryfami, spiż, z którego wybudowano dzieło kształtujące nasz gust, zaczyna przypominać wielokształtną masę, a kinoman kończy z mętlikiem w głowie. A jednak "Kill Bill: The Whole Bloody Affair" to odpowiednia zachęta do przypomnienia sobie, że nawet dzieła cenionych przez nas twórców stanowią sumę zawahań wielu twórczych osobowości, zaś wizja autora może różnić się od oglądanego przez nas efektu. Skoro zresztą przepisywanie Historii wychodziło bękartowi kina tak błyskotliwie, czemuż rewizja jego "Kill Billów" miałaby się nie udać? Czy mowa w tym przypadku o powrocie do pierwotnej wizji Quentina Tarantino, trudno rozstrzygnąć. Potraktowanie sagi o Pannie Młodej jako jednego filmu zgadza się ze zdradzanym ponad dwie dekady temu zamiarem, lecz nowa wersja daje się czytać także jako reakcja na konteksty, w które "Kill Bill" narósł przez lata.

Czteroipółgodzinna rekonstrukcja to najpierw i przede wszystkim laurka kinofila: od dedykacji dla reżysera "Battle Royale" począwszy, na litanii podziękowań w napisach finałowych kończąc. Już w "Kill Bill: Vol. 1" szokowała mieszanka inspiracji. Film otwierał dla zachodnich widzów kolejne gatunkowe szufladki – spaghetti westernu, anime, kina kung-fu czy wuxia. Pozornie nieprzystające do siebie stylistyki może i budziły początkowy opór, lecz przez lata "uleżały się" w głowach publiczności tak wygodnie, że dwuczęściowa historia zemsty należy dziś do kanonu popkultury, sam Tarantino zaś w filmowym naśladownictwie dorobił się legionu epigonów.



"The Whole Bloody Affair" w zdecydowanej większości zachowuje pod tym względem świeżość. Czuć tu świeżość intencji (miłość do kina i jego drugoplanowych bohaterów to stały motyw tej twórczości), nadal czuć też świeżość wykonania. W pierwszej połowie akcja goni akcję, analogowa choreografia oddaje na ekranie wysiłek obsady, a estetyka obrazu wcale nie jest na końcu listy priorytetów. To nadal widowisko do przeżywania i podziwiania. Dla jednych ulubionym fragmentem będzie radosna masakra Obłędu 88, dla innych – następujący po niej minimalistyczny pojedynek Czarnej Mamby z O-Ren Ishii: z "Don’t Let Me Be Misunderstood" grupy Santa Esmeralda w głośnikach i Lucy Liu o oczach jak Mona Lisa. Kilka zetknięć ostrzy, trzy skuteczne cięcia, dwie strużki krwi. Ciary. Ciary tym mocniejsze, że dzięki rozszerzonej sekwencji anime teraz znamy już całą historię O-Ren Ishii. Nie bez znaczenia dla ciarek jest też sala kinowa. Pozwala na nowo docenić, jak świetnie udźwiękowiony jest to film. DJ Tarantino popisuje się playlistą, a slapstick w makabrycznym wydaniu wyrażają syczące gejzery krwi, chrzęst zaciskanego na szyi łańcucha i świst miecza. Fetyszyzacja broni i gestów wojowników jest tu zresztą na porządku dziennym. Przemoc u QT równa się styl. To styl, który wciąż działa.

Tarantino jak mało kto potrafi nobilitować zemstę. W jego świecie narzędzia mordu i pragnienie odpłaty należą do wyższego porządku. Prawo wendety jest święte, lecz to macierzyństwo stanowi motywację silniejszą niż inne. Zemsta podawana jest na zimno lub w euforii, opiera się na kalkulacji, bywa podstępna. Macierzyństwo jest ponad tym: jako wartość niedyskutowalna nieraz solidaryzuje wrogo nastawione zabójczynie, na chwilę tłumiąc w nich pragnienie mordu. Nadal zadziwia mnie, że portret torturowanej, gwałconej, sparaliżowanej kobiety, której pozbawiono kilku lat życia, zabito przyjaciół i odebrano dziecko, nie zamienia się w bezmyślną eksploatację. Faceci bywają tu stręczycielami i manipulatorami bez honoru. Jeśli QT nie ma dla kogoś litości, to właśnie dla nienawidzących kobiet zwyrodnialców. W przeciwieństwie do nich Czarna Mamba nie bawi się ze swoimi ofiarami; idzie po trupach, lecz stale do celu.



Co w nowej wersji najistotniejsze, z kluczowego zwrotu akcji twórca nie czyni już emocjonalnej igraszki dla widza oczekującego drugiej części (zgodnie ze wskazaniem marketingowca-Weinsteina). Opóźniając ów zwrot w czasie, QT koncentruje wokół niego ideowe sedno całości, pozwalając wybrzmieć równoczesnemu bólowi i radości bohaterki w finale. Film o zemście okazuje się historią o mieniących się motywacjach, gdy zabójczyni zamienia się w matkę chroniącą własne dziecko. To zmiana właściwa raczej dla twórcy "Jackie Brown" i "Pewnego razu w Hollywood" niż "Wściekłych psów". Ponad gatunkową zgrywę stawia się empatię dla definiującej siebie postaci.

"Czy uważasz mnie za sadystę?". Pytanie Billa kierowane do Panny Młodej tuż przed próbą jej zabicia brzmi dziś prowokacyjnie. Po odkryciach Me Too, z nazwiskiem Harveya Weinsteina w napisach początkowych, przy świadomości utajnienia przez niesławnego producenta taśmy z wypadku Umy Thurman w trakcie realizacji, "Kill Bill" oglądamy nieco ostrożniej. Jako publiczność nie jesteśmy już naiwni: mamy świadomość problematyczności relacji muzy i artysty oraz ryzyka na planach filmowych. Nowa okładka montażowa wydaje się taktowną reakcją na ów rodowód. QT nie zaklina rzeczywistości, ukrywając obecność winnego współpracownika, lecz tam, gdzie to możliwe, składa hołd aktorce. Z Umą Thurman stworzył przecież ikonę kina gatunku, zanim Hollywood (na dobre i na złe) odkryło feminizm. "The Whole Bloody Affair" przypomina wielkie płótno dla (po równo) emocjonalnie i fizycznie poświęcającej się Thurman. W finale to jej szczęśliwa twarz wypełnia ekran; w całości to jej emocje i jej atletyczna figura zajmują pierwsze miejsce. Głosowy udział aktorki w – niestety błahej, niepasującej, nieco psującej efekt finału – miniaturce załączonej po napisach uwiarygodnia ów hołd.



Wątpliwości wzbudza jednak coś innego. "Kill Bill" opowiada o uniezależniających się uczennicach i przereklamowanych mistrzach. W najnowszej wersji problematyczny okazuje się brak hamulców scenarzysty w snuciu monologów okrutników dominujących nad bohaterką. Tarantino okazuje wówczas zbytni zachwyt dla swoich aktorów: Davida Carradine’a czy Michaela Parksa (szczególnie w roli alfonsa-dandysa). Owa celebra nie znajduje dramaturgicznej precyzji, którą w "Bękartach wojny" wykorzysta magnetyczny Christoph Waltz. Protekcjonalnym monologom z "Kill Bill" do żyletki daleko. Nadmiar dygresji często zaburza tempo, niepotrzebnie przedłużając i tak gigantyczny już format; wydaje się, że oddala nas także od Beatrix, czyniąc ją zaledwie słuchaczką tego lub tamtego narcyza. Z drugiej strony, powiecie, autorytet Billa opierał się na uczuciu, którego fundament od początku do końca pozostaje tajemnicą. O tym to film: o ślepej wierze w mistrzów, która nie znalazła uzasadnienia w rzeczywistości. Być może sam wpadam więc w pułapkę, zapominając, że to nie rozgadani faceci, a działająca heroina od początku do końca gra tu pierwsze skrzypce.
1 10
Moja ocena:
8
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?